poniedziałek, 28 września 2015

Mariagerfjord


Rekonesansy poczynione, grunty zbadane, kolejny łikęd za pasem - przyszła pora ruszyć w dziką Danię już na poważnie. Tym razem, co by daleko nie szukać, poszedłem za radą Anne [która wiozła mnie tydzień wcześniej] i wybrałem się na podbój fiordu Mariager. Najdłuższego i ponoć najpiękniejszego w całej Krainie Wikingów, położonego kilkadziesiąt kilometrów dalej od zwierzyńca – na drugą stopową wyprawę jak znalazł. Tym razem planowałem zrobić sobie dłuższą pieszą wycieczkę i przenocować w terenie, coby zaznać uroków skandynawskich nocy na własnej skórze…




Typowa sobota: pobudka o 6 rano, za oknem dopiero przedświt, Kamtjatka rozbrzmiewa echami jęków najwytrwalszych piątkowych imprezowiczów. Posiłek, dopakowanie, wymarsz i po dłuższej chwili byłem już na punkcie łapania okazji. Odczekałem zwyczajowe tu chyba pół godziny i załadowałem się do pojazdu pierwszego pomocnego kierowcy… przygodowej opowieści o autostopowaniu tym razem nie będzie, bo facet dowiózł mnie praktycznie na miejsce. Wysiadłem na zjeździe z autostrady 6 km od Hobro, w którym rozpoczynał się fiord. Nie chciało mi się dalej łapać, na rozgrzewkę więc pocisnąłem kawałek do mieściny z buta. Pogoda sprzyjająca, słonko przygrzewało, rześki wiatr mierzwił włos – nic tylko wędrować. Doczłapałem się po godzinie z okładem i żądny szlaku [a niepomny niewątpliwych uroków miasta] skierowałem swe kroki prosto do portu, w którym to miała znajdować się informacja turystyczna. Była. Nakradłem tam darmowych poradników, folderów i map, które to miały poprowadzić mnie wokół fiordu. Tekst niestety był w lokalnym narzeczu, same obrazki musiały więc wystarczyć. Tak wyekwipowany ruszyłem w drogę, zamierzając okrążyć znaczną część fiordu i pod koniec dnia dojść do Vive, gdzie – według map – czekać miało już na mnie schronienie. Planowa marszruta – 35 km, pójdzie gładko. Cóż…




Szlak rozpoczynał się tuż za portem – po minięciu przemysłowych zabudowań i kilku uroczych chatek znalazłem się w lesie, na co rozradowało się me dzikie serce. Bita droga ciągnęła się wzdłuż brzegu fiordu, meandrującego między zadrzewionymi wzgórzami. Norwegia toto nie była, ale przyznaję: jak na duńskie warunki, prezentowało się zacnie. Po chwili dotarłem do miejsca noclegowego, o którym wspominała moja informatorka. Miejsce ogniskowe, toaleta [z serduszkiem w drzwiach, klasyk] i parę wiat rozrzuconych na wzgórzu – ech, aż szkoda było porzucać tę miejscówę na rzecz niepotwierdzonego, odległego noclegu [choć tłum ludzi i dzieci okupujących teren zmniejszał ten żal]. Szedłem dalej. Od drogi odbiegały co chwila małe, niby oznaczone ścieżki prowadzące w las – skusiłem się, pohasałem po wzgórzach, wszystko fajnie i… szlak się skończył. Według mapy odbijał od fiordu i zawracał, co zdecydowanie mnie nie urządzało, postanowiłem więc iść dalej na tzw. „czuja”. Poza tym widać było wydeptaną ścieżkę, pewnie nie tylko ja miałem potrzebę okrążać fiord przy linii brzegowej. Jak się wkrótce okazało, myślałem słusznie, ale potrzebę tę dzieliłem głównie z dzikimi zwierzętami, bo ludzi nie podejrzewałbym o chadzanie takimi ścieżynami. Miałem swoją dzikość, hej. Nawet jakieś podgrzybki znalazłem, surwiwal pełną gębą po prostu. Przedzierałem się po malowniczych wzgórzach osłoniętych bukowymi lasami, omijałem gorsze miejsca krocząc po kamienistym brzegu, przebijałem się przez krzaczory i chaszcze, aż w końcu trafiłem na pola. Damn, no co bym nie robił, w tym kraju zawsze kończę gdzieś na terenach rolnych. Trudne to w sumie nie jest, bo są prawie wszędzie. „Idzie Radek, polem lasem, polem lasem, polem lasem…” w pewnym momencie wpadłem do prawdziwego świerkowego zagajnika i momentalnie poczułem się jak w Karkonoszach – ot, nostalgia za górami się odezwała.




Potem znowu chaszcze, zagajniki, poletka. Przy brzegu widziałem nieco wolnej przestrzeni, jednak przebijając się w tamtym kierunku trafiłem na płot z drutu. Oczywiście pod napięciem. Ech, sturlałem się do samej krawędzi wody i zacząłem się chyłkiem przemykać dalej, zapewne naruszając prywatność czyjejś posesji. I to niejednej, bo nie była to jedyna działka w okolicy sięgająca samego fiordu. Gdy w oddali załopotała duńska flaga zdradzająca położenie domostwa, zrezygnowałem z otwartej przestrzeni i schroniłem się w polu kukurydzy. Pole polem, ale po czyimś podwórku się nie chciałem wałęsać, choć przyznam, że już mnie nużyło to przedzieranie się na szagę. Ale jak zabudowania, to i droga powinna być. Znalazłem bity trakt i pomaszerowałem nim raźno, zacząłem się jednak oddalać od wody, a zbliżać do asfaltowej szosy. Przykra była mi to wizja, skorzystałem więc z pierwszego napotkanego leśnego traktu i nadziałem się na szlak. Ha! Teraz pójdzie już gładko. Niestety, ta trasa również robiła pętlę przy brzegu i nie prowadziła dalej. Cóż. Znalazłem za to kolejne pole, a zanim jakąś dróżkę. W oddali niósł się ryk silnika wysokoprężnego – wchodziłem na Ziemię Traktorów. Miejsce wydało mi się na tyle charakterystyczne, że zasłużyło na własną nazwę – a może odezwał się tu po prostu mój sentyment do ursusów wszelkiej maści. Minąłem ZT, kilka innych pól, kawałek lasu i w końcu dotarłem do prawe nieużywanych torów kolejowych, które zaprowadzić mnie miały prosto do wioski Mariager. Wytrzymałem może kilometr drogi po podkładach, po czym zwiedziony potrzebą włóczęgi zbiegłem w jakąś ścieżynkę – tym razem jednak wydeptaną i wiodącą w dobrym kierunku. Znalazłem się ponownie na brzegu. Obejrzałem się do tyłu – ciemne chmury gnały po niebie, wicher szarpał korony drzew, a fiord w oddali zasnuł się jakby mgiełką… nadciągał szkwał. A przynajmniej tak to wyglądało. Wspomnę tutaj o niesamowitej zdolności wody do zmieniania koloru – tego dnia miałem możliwość obserwować znaczną część dostępnej palety barw: od bezwstydnego błękitu, przez spokojną morską zieloność, aż po ciężki, ołowiany kolor sztormu. Aż się poeta budził w środku. Poganiany przelotnym deszczem doszedłem do Mariager i przystanąłem na krótki popas. Hym, 10 km w 3 godziny… w nogach miałem na pewno więcej, ale niezależnie od mojego męstwa, bezwzględnie mierzone tempo było za wolne. Do kolejnego miasta prowadziła przy brzegu szosa, powinno być już lepiej. Szkoda tylko, że nie znalazłem chwili na przyjrzenie się samemu miasteczku, ponoć urokliwe jest ponad miarę – wiedzcie, jakbyście mieli kiedyś odwiedzić.




Nie sądziłem, że na Zachodzie zobaczę takie ilości eternitu
 


Tempo faktycznie wzrosło, ale co to za radocha łazić po asfalcie. Przynajmniej trasa była dość malownicza i wiodła tuż nad wodą. W pewnym momencie trafiłem na ciekawy drogowskaz. Nie może być! Zainteresowany, podążyłem mniej uczęszczaną drogą i po paru kilometrach dotarłem do… Danii. Tak się nazywała ta mieścinka. Na tablicy informującej o tym pierwszym w kraju ośrodku produkcji cementu nie było mowy o pochodzeniu nazwy, ale pewnikiem ktoś z naszych maczał w tym palce. Kiedy tylko pojawiła się możliwość, opuściłem asfalt i postanowiłem skrócić sobie trasę [znowu…] idąc przy brzegu – płaskim i niezalesionym, co mogło by mi stanąć na przeszkodzie?
Pastwiska. Bagniska. Elektryczne pastuchy. Argh. Trudno, lazłem dalej, przeskakując kolejne płoty i omijając stada wypasanych stworów. Pomstowałem już na duńskich farmerów, ale dopiero kolejnego dnia poznałem pełnię ich szatańskich praktyk. O tym później. Na razie podziwiałem widoki i zbliżałem się do Hadsund, w którym przeszedłem po zwodzonym moście na drugą stronę fiordu. Odcinek ten wiódł po zwykłych drogach i więcej niż na wzmiankę nie zasługuje – musiałem się powstrzymywać siłą woli, ażeby znowu nie wyrwać się na przełaj. Koniec końców, gdy dzień się miał ku zachodowi, dotarłem do Vive. Ostatnie kilometry były naprawdę cudne. Mimo zmęczenia i bólu nóg, idąc polami w złotym świetle słońca naprawdę wiedziałem, po co to wszystko robię. Właśnie dla takich chwil pełnych zachwytu nad bożym światem, którego możliwość oglądania „opłaciłem” trudami wędrówki. W tym błogim stanie ducha [ciało miało ciut inny stan po 45 klockach] dotarłem do przystani, w której wynająłem na noc śmieszny „shelter” przypominający budę dla psa. Kiedy już zapadł zmrok, rozpaliłem pierwsze swoje ognisko na Ziemi Wikingów. Gwiazdy, fiord, ciepły blask ognia… i jakiś koleś grający na puzonie, trąbie czy innym dętym cholerstwie. W cywilizowanych budynkach przystani odbywał się jakiś zlot starszych panów, z których to jeden sobie wesoło przygrywał. Nie hałasowali długo, ale i tak wzdychałem do dzikiej, schowanej w lesie miejscówki mijanej rankiem. Pomijając te jęki, było niesamowicie. Po drugiej stronie fiordu błyszczały zabudowania Danii, za drzewami chował się księżyc, przycumowane jachty cicho dzwoniły ożaglowaniem… Tego wieczora wewnętrzny wilk zasypiał w pełni szczęścia.


Dania w pełnej krasie





Miałem zamiar wyskoczyć ze śpiwora o świtaniu, aby uchwycić piękno fiordu także u zarania dnia, jednak spało się po prostu zbyt dobrze. O 9 poranek nadal był rześki, a trawa pokryta gęstą rosą. Na dziś w planach było już tylko 20 km, ale trzeba było jeszcze wrócić jakoś do Horsens. Opuściłem przystań, wróciłem do wioski i asfaltu, by po chwili znowu zapaść w lasy. Zżymałem się na samego siebie, po jaką cholerę wpieprzałem się w te bezdroża? Czasu nie miałem w zapasie, szlaku wzdłuż fiordu nie było się co spodziewać, a ja z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy tłukłem się przez zaorane pola, zagajniki, ścierniska i wuj wie co jeszcze. Dzięki temu „urozmaicaniu” pierwsze 5 km przebyłem w jakieś 10, tracąc na to 2,5 godziny. Hej, zew przygody… Miałem go już nieco dosyć. Jedynym zyskiem były trzy jabłka z dzikiego drzewa rosnącego na środku któregoś pola. W końcu jednak wróciłem na bite szlaki i zwiedziłem najładniejszą część fiordu. Trasa wiodła przez urokliwe wioseczki, sielskie pagórki i niestety spory odcinek po asfalcie. Zdecydowanie, były to drogi stworzone na rowerowe wycieczki. Mijałem sobie smukłe turbiny wiatrowe [wiatraki znaczy, dość popularne w duńskim krajobrazie] i rozmyślałem. Ostatni etap trasy przebyłem po „szlakach flagowych” Mariagerfjordu wytyczonych po malowniczych wzgórzach w pobliżu Hobro. Faktycznie, było się czym zachwycać – turystyczne walory miejsca potwierdzały spore ilości ludzi przechadzających się po okolicy. Jednak w błędzie byłem, licząc na elegancką ścieżkę pozbawioną przeszkód, z jakimi mierzyłem się dniu poprzednim. Szlak wiódł bowiem przez pastwiska… japierdzielę, ogrodzenie każdego wolnego placka ziemi drutem pod napięciem i wpędzenie tam bydła, to chyba jakiś narodowy punkt honoru! Ja rozumiem, że wołowinka smaczna i fajnie że tania, ale zacznę chyba nosić ze sobą izolowane obcęgi do cięcia drutów. Sakreble. Cóż, pomijając krówska i porozrzucane efekty ich przemiany materii, było tam bardzo ładnie. W towarzystwie mijających mnie maratończyków [czy tam biegnących na innym przełajowym dystansie] dotarłem do informacji turystycznej i zamknąłem pętlę okrążenia. Biegacze mieli metę 50 metrów dalej, więc mogłem się trochę poczuć do braw i wiwatów, jakie dostawali na finale. Ostatni raz spojrzałem na fiord i pozostało mi już tylko wrócić. Znowu obyło się bez przygód, złapałem analogiczną do wczorajszej okazję, dojeżdżając jednym kursem do zjazdu 5 km od Kamtjatki. Facet miał fajnego psa [rasy i mienia nie pamiętam], którego sierść walała się po całym samochodzie.






Dotarłem do siebie w porze niemal obiadowej, syty od wrażeń i satysfakcji. Ta wyprawa była pierwszym „poważnym” szlajaniem się po Krainie Wikingów i udała się przednio. Pochwalić się muszę nieskromnie, że zrobiłem łącznie z 70 km [krokomierz podał 80, ale on jest jeszcze mniej skromny i wiarygodny niż ja] i przemierzałem chyba wszystkie możliwe typy dróg i bezdroży: drogi asfaltowe, szutrowe, leśne, polne, wyjeżdżone przez traktory, zarośnięte; ścieżki rowerowe, ludzkie, zwierzęce, oznakowane, półdzikie, urojone; pola słoneczników, kukurydzy, zboża, ścierniska, zaorane, zabronowane, stojące odłogiem; lasy liściaste, bory iglaste, zagajniki mieszane; pastwiska krowie, końskie, owcze; plaże…
Układałem sobie tę listę w głowie jeszcze podczas marszu.

Starałem się.

Pełna galeryja:
https://picasaweb.google.com/111358286544716588009/Mariagerfjord190915?authuser=0&feat=directlink

2 komentarze: