poniedziałek, 7 września 2015

Elbæk, Brakør og Stensballerskov

Tragedia w trzech aktach:
Akt I
Piątek. Deszcz, słota i szaruga.
- Hej, ja chcę gdzieś pojechać w ten łikęd!
Akt II
Prognozy na łikęd. Deszcz, słota i szaruga. I burze. I wogle.
- Ech, trudno, parki narodowe i zwierzyńce muszą poczekać,  poczłapię sobie w deszczu po okolicy.
Akt III
Sobota. Słońce, wiatr i przelotne opady.
- …
Kurtyna.

Ale nie dałem się zwodniczym prognozom i pogodzie cierpiącej na jakiś PMS chyba – Kraina Wikingów sama się nie eksploruje przecie! Oderwałem się od kusicielskiego komputera, załadowałem plecak i nieco późno, bo po 14, ruszyłem na szlak. Tym razem Horsens od morskiej strony, czyli badamy północny brzeg fiordu i położone tam lasy Elbæk, Brakør i Stensballerskov. No, laski, powiedzmy.

Pływający żuraw

Budują tu jakieś rakiety, mówię wam
A narzekałem na dziury w Polsce...
 Fiord zwiedzamy od początku, czyli nabrzeża portowego. Robię zdjęcia statkom… o, jakiś szary…? Wyobraźnia raźno podpowiedziała - marynarka wojenna! Niee, no co ty. Idę dalej, patrzę – wojsko. Namioty. Armia duńska! Ha. A dokładnie Hjemmeværnet i Marinehjemmeværnet, czyli taka Gwardia Narodowa, co krain i brzegów jutlandzkich strzeże. Okazuje się, że piątego września wypada akurat Dzień Flagi, a że „wojsko zawsze z ludem”, zorganizowano małą prezentację dla publiki. Załapałem się na końcówkę, ale jako wielki znawca i pasjonat militariów pomęczyłem pytaniami miłego pana żołnierza, potrzymałem karabin i zabordażowałem okręt! No dobra, łódź patrolową. Generalnie bardzo fajna akcja, a trafiła się zupełnie z przypadku.
 
Łódź patrolowa Hercules (MHV812), widok z dziobu
Pies bojowy model Hund3

C7, czyli takie kanadyjskie M16
Po tych militarnych przeżyciach ruszyłem dalej, trzymając się brzegu fiordu. Wiatr mierzwił włos na głowie, chmury gnały po niebie, a morze lśniło ciemnym błękitem. W tych jakże niespodziewanych warunkach zmierzałem na pierwszy półwysep, który zwiedziłem kiedyś podczas jednej z bieganych wycieczek po okolicy. Ścieżka wiodła między zabudowaniami i działkami przytulonymi do brzegu fiordu – szalenie urocze miejscówy. Zwiedziłem nawet jedną opuszczoną: z niedokończonym budynkiem, jabłonką [owocowała, i to smacznie] i własnym pomostem. Będzie gdzie się chować, jakby co. W końcu minąłem kemping obejmujący „szczyt” półwyspu i ujrzałem porośnięty gęstym drzewostanem brzeg ciągnący się w dal… Oj taaak, ciągnie wilka do lasu.

Jakiś wróbel morski

Opuszczony pomost
Po prostu fotogeniczne łódki
 Pierwszy po drodze leżał las Elbæk. Byłem nim zachwycony, nie powiem – dęby zwieszające się nad wodą, ścieżki tuż nad kamienistym brzegiem i niemal  zupełny brak ludzi. Na niedzielny spacer z rodziną [jakoś to mi przyszło na myśl] idealny – równa droga, z jednej strony szumiącolśniąca tafla fiordu, nad głową korony drzew, spokój, cisza i… zapach lasu. Hej. [jak znajdę w końcu jakieś prawdziwie dzikie zakątki, to szykujcie się na całe strony egzaltowanych opisów drzew i takich tam] Ciekawostką był leśny wybieg dla psów – całkiem spory teren ogrodzony płotem, na którym można było spuścić swojego czworonoga ze smyczy, coby sobie pohasał. Świetny pomysł.

Wyglądało to jak Amazonia jakaś

Jeden z dębów-pomostów

Stanowisko obserwacji fiordu z kamieniem
Raźno wkroczyłem w Brakør Skov, przez który przebiłem się na wschodni kraniec półwyspu zwieńczony piaszczystą mierzeją. Fiord w całej okazałości rozciągał się dookoła – zalesione brzegi, odległe domki na wzgórzach, małe wyspy… Mówiłem już, że podoba mi się tutaj? Ale żeby nie było za miło, z północnego wschodu nadciągała armada czarnych chmur, zwiastująca rychłe atrakcje pogodowe, z gatunku tych porywistych i ulewnych. 

Muszę skombinować sobie jakieś wiosła
Jest na co patrzeć

Oj jest...
Westchnąłem ostatni raz w kierunku kraju ojczystego i ruszyłem w drogę powrotną przez Stensballerskov – największy i najbardziej… lesisty z tych zagajników. Nieco sobie po nim połaziłem i w końcu przebiłem się na jakieś wzgórze-pole uprawne. Zraszany deszczem i chłostany wiatrem zszedłem do najbliższych zabudowań, minąłem czyjeś podwórko i znalazłem bitą drogę. Ta poprowadziła mnie przez pagórki i pola, zahaczając o porozrzucane po okolicy gospodarstwa. Przyznam, że wyjątkowo schludne i dobrze utrzymane w porównaniu do znanych mi z Polski – choć może polami zajmuje się kto inny po prostu, a to tylko domy mieszkalno-rekreacyjne burżuazji i obszarników. Wdrapałem się jeszcze na jakieś wzgórze i ukazała się mym oczom panorama na Horsens i okolice. Kurdę. Obserwując kurtyny deszczu omywające odległe okolice i sunące gdzieś w dole samochody syciłem swojego wewnętrznego Włóczykija. Poprawiłem plecak i ruszyłem w dół zbocza, do asfaltu i czułych ramion cywilizacji, by po kilku kilometrach zakończyć wycieczkę.

Landszaft spod drzewa

Landszaft pagórkowaty

Landszaft deszczowy (widok na Horsens)
Jakbyście myśleli, że szlajam się po okolicy z jakiejś duchowej potrzeby wędrówki, czy coś – to nie tak. To czysta chęć zysku. Opłaca się po prostu, bo wyobraźcie sobie, że wałęsając się po plaży znalazłem najprawdziwsze czerwone grabki!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz