Tragedia w trzech aktach:
Akt I
Piątek. Deszcz, słota i szaruga.
- Hej, ja chcę gdzieś pojechać w ten łikęd!
Akt I
Piątek. Deszcz, słota i szaruga.
- Hej, ja chcę gdzieś pojechać w ten łikęd!
Akt II
Prognozy na łikęd. Deszcz, słota i szaruga. I burze. I wogle.
- Ech, trudno, parki narodowe i zwierzyńce muszą poczekać, poczłapię sobie w deszczu po okolicy.
Akt III
Sobota. Słońce, wiatr i przelotne opady.
- …
Prognozy na łikęd. Deszcz, słota i szaruga. I burze. I wogle.
- Ech, trudno, parki narodowe i zwierzyńce muszą poczekać, poczłapię sobie w deszczu po okolicy.
Akt III
Sobota. Słońce, wiatr i przelotne opady.
- …
Kurtyna.
Ale nie dałem się zwodniczym prognozom i pogodzie cierpiącej
na jakiś PMS chyba – Kraina Wikingów sama się nie eksploruje przecie! Oderwałem
się od kusicielskiego komputera, załadowałem plecak i nieco późno, bo po 14,
ruszyłem na szlak. Tym razem Horsens od morskiej strony, czyli badamy północny
brzeg fiordu i położone tam lasy Elbæk,
Brakør i
Stensballerskov. No, laski, powiedzmy.
| Pływający żuraw |
| Budują tu jakieś rakiety, mówię wam |
| A narzekałem na dziury w Polsce... |
Fiord zwiedzamy od początku, czyli nabrzeża portowego. Robię
zdjęcia statkom… o, jakiś szary…? Wyobraźnia raźno podpowiedziała - marynarka
wojenna! Niee, no co ty. Idę dalej, patrzę – wojsko. Namioty. Armia duńska! Ha.
A dokładnie Hjemmeværnet i Marinehjemmeværnet, czyli taka Gwardia Narodowa, co krain
i brzegów jutlandzkich strzeże. Okazuje się, że piątego września wypada akurat Dzień
Flagi, a że „wojsko zawsze z ludem”, zorganizowano małą prezentację dla
publiki. Załapałem się na końcówkę, ale jako wielki znawca i pasjonat militariów
pomęczyłem pytaniami miłego pana żołnierza, potrzymałem karabin i
zabordażowałem okręt! No dobra, łódź patrolową. Generalnie bardzo fajna akcja, a
trafiła się zupełnie z przypadku.
| Łódź patrolowa Hercules (MHV812), widok z dziobu |
| Pies bojowy model Hund3 |
| C7, czyli takie kanadyjskie M16 |
Po tych militarnych przeżyciach ruszyłem dalej, trzymając
się brzegu fiordu. Wiatr mierzwił włos na głowie, chmury gnały po niebie, a
morze lśniło ciemnym błękitem. W tych jakże niespodziewanych warunkach zmierzałem
na pierwszy półwysep, który zwiedziłem kiedyś podczas jednej z bieganych
wycieczek po okolicy. Ścieżka wiodła między zabudowaniami i działkami
przytulonymi do brzegu fiordu – szalenie urocze miejscówy. Zwiedziłem nawet
jedną opuszczoną: z niedokończonym budynkiem, jabłonką [owocowała, i to
smacznie] i własnym pomostem. Będzie gdzie się chować, jakby co. W końcu
minąłem kemping obejmujący „szczyt” półwyspu i ujrzałem porośnięty gęstym
drzewostanem brzeg ciągnący się w dal… Oj taaak, ciągnie wilka do lasu.
| Jakiś wróbel morski |
| Opuszczony pomost |
| Po prostu fotogeniczne łódki |
Pierwszy po drodze leżał las Elbæk. Byłem nim zachwycony, nie powiem – dęby zwieszające
się nad wodą, ścieżki tuż nad kamienistym brzegiem i niemal zupełny brak ludzi. Na niedzielny spacer z
rodziną [jakoś to mi przyszło na myśl] idealny – równa droga, z jednej strony
szumiącolśniąca tafla fiordu, nad głową korony drzew, spokój, cisza i… zapach
lasu. Hej. [jak znajdę w końcu jakieś prawdziwie dzikie zakątki, to szykujcie
się na całe strony egzaltowanych opisów drzew i takich tam] Ciekawostką był leśny
wybieg dla psów – całkiem spory teren ogrodzony płotem, na którym można było
spuścić swojego czworonoga ze smyczy, coby sobie pohasał. Świetny pomysł.
| Wyglądało to jak Amazonia jakaś |
| Jeden z dębów-pomostów |
| Stanowisko obserwacji fiordu z kamieniem |
Raźno wkroczyłem w Brakør
Skov, przez który przebiłem się na wschodni kraniec półwyspu zwieńczony piaszczystą
mierzeją. Fiord w całej okazałości rozciągał się dookoła – zalesione brzegi,
odległe domki na wzgórzach, małe wyspy… Mówiłem już, że podoba mi się tutaj?
Ale żeby nie było za miło, z północnego wschodu nadciągała armada czarnych
chmur, zwiastująca rychłe atrakcje pogodowe, z gatunku tych porywistych i ulewnych.
| Muszę skombinować sobie jakieś wiosła |
| Jest na co patrzeć |
| Oj jest... |
Westchnąłem ostatni raz w kierunku kraju ojczystego i ruszyłem w drogę powrotną
przez Stensballerskov – największy i najbardziej… lesisty z tych zagajników. Nieco
sobie po nim połaziłem i w końcu przebiłem się na jakieś wzgórze-pole uprawne.
Zraszany deszczem i chłostany wiatrem zszedłem do najbliższych zabudowań,
minąłem czyjeś podwórko i znalazłem bitą drogę. Ta poprowadziła mnie przez
pagórki i pola, zahaczając o porozrzucane po okolicy gospodarstwa. Przyznam, że
wyjątkowo schludne i dobrze utrzymane w porównaniu do znanych mi z Polski – choć
może polami zajmuje się kto inny po prostu, a to tylko domy mieszkalno-rekreacyjne
burżuazji i obszarników. Wdrapałem się jeszcze na jakieś wzgórze i ukazała się
mym oczom panorama na Horsens i okolice. Kurdę. Obserwując kurtyny deszczu
omywające odległe okolice i sunące gdzieś w dole samochody syciłem swojego wewnętrznego
Włóczykija. Poprawiłem plecak i ruszyłem w dół zbocza, do asfaltu i czułych
ramion cywilizacji, by po kilku kilometrach zakończyć wycieczkę.
| Landszaft spod drzewa |
| Landszaft pagórkowaty |
| Landszaft deszczowy (widok na Horsens) |
Jakbyście myśleli, że szlajam się po okolicy z jakiejś duchowej
potrzeby wędrówki, czy coś – to nie tak. To czysta chęć zysku. Opłaca się po
prostu, bo wyobraźcie sobie, że wałęsając się po plaży znalazłem najprawdziwsze
czerwone grabki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz