czwartek, 10 września 2015

Klondike


Niedziela wieczór - ostatni moment na ucieczkę od rzeczywistości przed rozpoczęciem tygodnia zdobywania bezcennej wiedzy, fascynujących spotkań z ludźmi z całego świata i pracy na rzecz swej światłej przyszłości... Dzień był słoneczny i zapowiadało się ładne światło do fotografii. 
 
 

Wybrałem się w miejsce zwiedzone podczas jednego z pierwszych wypadów biegowo-krajoznawczych. Niedalekie, a jednocześnie jakoś bardzo oddalone od doczesności. 
Poznajcie Sydhavenen Klondyke - Port Południowy Klondike.

 


Leży na skraju cypla wcinającego się w fiord u samego jego początku. Okolica stricte przemysłowo - portowa, czyli poza godzinami pracy raczej opustoszała. Duży plus. Trudno mi opisać to miejsce. Marina? Przystań? Osada? Składa się na nie szereg bud, kontenerów i chatynek stojących wzdłuż "ulicy". Fantazja ich mieszkańców i dekoratorów w jednym tworzy naprawdę niesamowity klimat, będący połączeniem motywów morsko-rybackich i... wnosząc z nazwy, Dzikiego Zachodu.

 
 

Kręci się tam garstka tubylców - niespiesznie, zupełnie inaczej niż ludzie w centrum Horsens ledwie kilkaset metrów dalej. Tego wieczoru mieli ognisko. Minęliśmy się bez słowa, pozdrawiając skinieniem głowy - w Danii wypada powiedzieć zwyczajowe "haj" lub machnąć łbem napotkanemu człowiekowi, sympatyczna sprawa.



 
 
Kolonia przytulona jest do kanału, w który wcinały się keje z przycumowanymi łodziami. Właściwie więcej tam wystających z wody pali i pozawalanych pomostów. W tym uporządkowanym i zadbanym kraju takie obrazki to raczej rzadki widok... ale niezwykle przyjemny. Jakby świat naprawdę trochę omijał to miejsce.

 
 

Jednostki pływające to osobny, równie ciekawy temat. Nie są to wypasione jachty kołyszące się dumnie w "oficjalnej" miejskiej przystani, o białych burtach i wypolerowanych poręczach. Cóż, te z Klondike niekoniecznie pływają (sporo leży na brzegu lub dnie) i bliżej im do określenia "łajb", ale może przez to także do posiadania duszy.

 
 

Takie miejsca - nieco opuszczone, niecodzienne, poza czasem - przyciągają mnie jak magnes. Fascynują. Rzeczywistość wchodzi tam od czasu do czasu, nie niepokojąc zbytnio schronionych tam ludzi. Dlatego szlajam się notorycznie po jakichś zadupiach i ciemnych zaułkach. Eksploruję. Szukam wilczych ścieżek.
Bo warto. Choćby po to, żeby na wymianie studenckiej w Danii odwiedzić Klondike.

 
 
 
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz