niedziela, 31 stycznia 2016

Najwyżej



Middle-east-european mafia

Moje odkrywanie Jutlandii pod pretekstem studiów miało się już ku końcowi – jeszcze tylko kilka egzaminów, spraw do zamknięcia i tyle z tego będzie. Po drodze jednak znalazł się jeszcze jeden wolny łikęd – a jak chciałem go wykorzystać, to chyba jasne. Tym razem jednak udało mi się zgadać ze znajomym Mołdawianinem Andreiem, który słuchając moich opowieści o włóczęgach po duńskich ostępach również zapragnął zasmakować wędrówki. Było jasne, że jak nie teraz, to już nigdy się nie wybierzemy – dlatego ustaliliśmy dzień i godzinę, wynalazłem jakieś miejsca godne odwiedzenia, po czym pewnego sobotniego poranka załadowałem się do andreiowego samochodu i ruszyliśmy w śnieżną dal. 




Zima opanowała Krainę Wikingów. Temperatura spadła poniżej zera, biały puch okrył pola i wzgórza, a pługopiaskarki opuściły swoje leża by rozpocząć gody. Trzeba przyznać, że nawet małe lokalne dróżki były wzorowo odśnieżone. Dzisiaj na pierwszy ogień miał pójść Møllehøj – najwyższy szczyt Danii, odległy od Horsens o zaledwie 20 km [czemu mnie tam jeszcze nie było?]. Co jak co, ale tę górę po prostu należało zdobyć. Po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy na miejsce. Parking, informacja, toalety – pełen wypas. Najpierw wspięliśmy się na monument upamiętniający strażaków [czy jakoś tak] będący jednocześnie wieżą widokową, z którego podziwiać można było szeroką panoramę złożoną głównie z pól i malowniczo porozrzucanych gospodarstw – rzekłbym, klasyczne widoki, jednak w bieli zyskujące nowego uroku. Ok, zdjęcia są, pora zabrać się za szturm na szczyt. Wyposażyliśmy się w mapkę okolicy, wyznaczyliśmy kierunek i ruszyliśmy… by po przejściu 50 metrów w dal i 6 wzwyż znaleźć się na samym szczycie góry. Wzgórza. No, pagórka właściwie, od którego był wyższy nawet dach farmy z nim sąsiadującej. 170 m n.p.m. Nie powiem, byłem przygotowany na umiarkowaną niesamowitość tego miejsca, ale nadal czułem się dziwnie. W każdym razie „dach Danii” został osiągnięty i chwała zdobywców opromieniła nas swym blaskiem [z mocą, powiedzmy, może 5 lumenów]. Podbudowani tym wyczynem przeszliśmy się jeszcze po okolicznych 17-dziesiętnikach znajdując sheltery z miejscem ogniskowym, kilka pastwisk i tajną stację nasłuchową CIA. Pierwszy punkt z dzisiejszego planu dnia zaliczony, można było ruszać dalej.


Tak, ten wzgórek pośrodku to majestatyczny Møllehøj.

Kolejnym etapem, już nieco poważniejszym niż półgodzinny spacer, miała być wędrówka wzdłuż Judsø, jednego z większych i bardziej malowniczych jutlandzkich jezior. Przejechaliśmy kolejne 25 klików mijając po drodze tereny znacznie mocniej „górskie” od okolic Møllehøj i znaleźliśmy się u celu. Problem w tym, że trzeba było zostawić gdzieś samochód, a okoliczne parkingi zostały pazernie obłożone opłatami. No jakże to tak – my, biedni imigranci z Europy środkowo-wschodniej mamy płacić burżuazyjnym skandynawskim wyzyskiwaczom i obszarnikom? Niedoczekanie! Z typowym dla naszych nacji sprytem [objawiającym się głównie kiedy każą płacić] postawiliśmy wóz na trawce metr od krawędzi parkingu licząc na to, że nie trafiliśmy na jeszcze sprytniejszych właścicieli parkingu. W międzyczasie spotkaliśmy grupę myśliwych wybierających się na polowanie – czy ja ich jakoś przyciągam? Co nie wejdę do lasu, to już jakieś nagonki i strzelaniny. W końcu zarzuciliśmy plecaki na ramiona i pobieżelim na szlak. Mapek tym razem nam poskąpiono, więc szliśmy raczej na czuja po [na szczęście] dobrze oznaczonych ścieżkach. Trasę zaczęliśmy od napawania się widokami z najwyższego lokalnego wzgórza. Wieża widokowa przypominająca kościelną dzwonnicę była niestety zamknięta, ale nawet z dołu perspektywy były co najmniej imponujące. Długie polodowcowe jezioro otoczone ciemną puszczą… można było sobie wyobrażać, że te lasy nie kończą się kilometr dalej, tylko ciągną, hen, w dziką Skandynawię… Ponapawaliśmy się i zaczęliśmy schodzić w dół, do brzegu. Po drodze Andrei zwrócił uwagę na ciekawą rzecz, kiedy mijaliśmy dwie damy zażywające spaceru po okolicy. Otóż panie te nawet nie obejrzały się, słysząc że ktoś je dogania – może to brzmi jak paranoja, ale w odludnych okolicach bardziej normalna dla nas wydaje się pewna podejrzliwość wobec napotkanych ludzi i po prostu kontrolowanie otoczenia. Choćby obejrzenie się do tyłu. Ot, duńskie zaufanie społeczne.

Zdjęcie idealnie oddające, jak powinna wyglądać wg mnie Skandynawia. Dzika i posępna.


Tafla wody była pokryta cienką warstwą lodu – nie dało się po nim połazić, ale przynajmniej ładnie wyglądało. Ścieżka wiodła wzdłuż krawędzi zamarzniętej wody przez ciche bukowe lasy. Co jakiś czas trafialiśmy na pojedyncze domki i opustoszałe ośrodki wypoczynkowe. Ciekawym punktem po drodze była farma jeleni, przez którą można było sobie przejść w towarzystwie stada niewielkich, puchatych zwierzaków i ich ujmującego zapachu. Niedługo później znaleźliśmy miejsce ogniskowe i zorganizowaliśmy popas.




Nazbieraliśmy nieco drewna, nauczyłem Andreia z czego i jak rozpalić ognisko, po czym – kiedy wyjęliśmy już zapasy – popadłem w zachwyt i niedowierzanie. Otóż wśród dóbr wyjętych z plecaka mojego kompana znalazła się najprawdziwsza slenina. Czyli to samo, co ukraińskie sało! Gruby kawał słoniny obtoczony w solance, smak który śni mi się po nocach od czasów obozów, a natknąłem się na niego przez przypadek w odległej, cywilizowanej Danii. Damn! Po wtrząchnięciu opieczonych kiełbas rozgarnęliśmy ognisko i ruszyliśmy w drogę powrotną. Mijaliśmy jeziorka, górki, pastwiska i inne urokliwe zakątki opromieniane słońcem zmierzającym nieuchronnie ku horyzontowi. Było tam więcej wspinania niż podczas „zdobywania” Møllehøj, więc nawet się cieszyłem. Kiedy zmierzch zaczął otulać ziemię doturlaliśmy się do samochodu, który szczęśliwie nie został odholowany lub upiększony mandatem. Pozostało już tylko wrócić.




Nie przeleźliśmy jakiegoś wyczynowego dystansu, ale byłem ogólnie zadowolony. Nie wiem czy zasiałem w Andreiu ducha włóczęgi, ale chłopak również wyrażał satysfakcję z wypadu. Było fajnie, nie powiem – dobrze było być dowiezionym na miejsce, pogadać z kimś i zjeść nieco sała. Jednak czy to kwestia przyzwyczajenia, czy też rozkręconych w Skandynawii wrodzonych preferencji – brakowało mi nieco samotnej wędrówki. Przygód podczas łapania stopa, cichego gapienia się na posępne pejzaże, spania przy ogniu pod gwiazdami. Wilczych włóczęg.

niedziela, 24 stycznia 2016

Góry.

W końcu. 

Gdzieś w początkach Roku Pańskiego 2016 znaki na niebie i ziemi wskazały, że nadszedł najwyższy czas by zrealizować z dawna planowaną wyprawę. Nie obyło się oczywiście bez nieprzewidzianych komplikacji, ale nic nie mogło mnie już powstrzymać. No i zwyczajnie tego potrzebowałem. W skutek tej eskapady po raz pierwszy mogę Wam pokazać ten kawałek świata, w którym zawsze wędruje mi się przez duże Wu. Góry. Obcowanie z nimi zazwyczaj przeżywam nieco transcendentalnie, odnajdując we wdrapywaniu się na kolejne szczyty i grzbiety coś więcej, niż tylko satysfakcjonujący wysiłek fizyczny. Kiedy dysząc i posapując stoisz na szczycie i obserwujesz niknący gdzieś w dole świat, to… czujesz się dobrze. Oddychasz. Widzisz. Żyjesz. Bardziej. 


  

Budzik rozwrzeszczał się o nieludzkiej 4 rano. Zerwałem się szybko, zgasiłem drania i potoczyłem wokoło wzrokiem pełnym nieszczęścia, które dotyka człowieka kiedy nie dane mu już spać. Łojzicku. Całe trzy godziny snu. Ziew. Szpej był już spakowany, pozostało mi tylko ogarnąć się, zeżreć coś i przyszykować kanapki na drogę. Zieeew. Zostałem wypuszczony i podreptałem na tramwaj, by w towarzystwie ludzi zmierzających do swoich smętnych poniedziałków rozpocząć noworoczną wyprawę na Południe. Przesiadłem się na ciopąg Kolei Dolnośląskich i dałem się powieźć w ciemną dal. Dwugodzinną podróż wykorzystałem skrzętnie na drzemkę, łudząc się, że uzupełni nieco mój zapas energii.



Wysiadłem na typowej stacji pośrodku niczego w Janowicach Wielkich. Krótka rozkmina nad mapą upewniła mnie, że w sumie to powinienem wyładować się stację wcześniej… tylko czemu wpadłem na to dopiero teraz? Cóż, ekstra 5 kilometrów na rozgrzewkę, to będzie… w lewo. Cosik ciemnawo było jeszcze, świt dopiero powoli przebijał się zza wzgórz i chmur, połami kurtki szarpał mroźny wicher przenikający do szpiku kości. To znaczy szarpał jak ją już założyłem, bo zacząłem marsz w samym swetrze, który dziwnym trafem nie zapewnił mi komfortu termicznego. Dreptałem sobie wzdłuż częściowo zamarzniętego potoku płynącego dnem doliny. Do pełnowymiarowych gór jeszcze kawał drogi, ale już było fajnie – a i światło zaczęło się odważniej sączyć, pora zrobić by parę zdjęć dla potomnych. Taa, moja antyczna cyfrówka dziedziczona po siostrze wzgardziła zwykłymi bateriami i bezczelnie zdechła po wydaniu kilku bardzo smutnych dźwięków. Nożesz fak. Yych, to żem pofotografował. Nah. Naburmuszony szedłem dalej. Spotkałem wędrującego samotnie cichego psa, mijałem jakże-fotogeniczne mosty i wiadukty lokalnej linii kolejowej, kontemplowałem swoje zgryzoty.



Gdzieś po minięciu kolejnej wioski i obszczekaniu przez kolejnego kurduplowatego kundla  wyszedłem na otwartą przestrzeń pól. Noo, widoczki się zaczynały, tylko gdyby tak nie gwiździło – czapka oczywiście podszyta wiatrem a kaptur zdmuchiwało ze łba. To chociaż wody bym się napił. Też nie, oczywiście system hydratacyjny zamienił się w foremkę do lodu! Aaargh! Przygotowany Radek w natarciu, podróżnik od siedmiu boleści. Ech. Przynajmniej porobiłem zdjęcia swoim wiernym cegłofonem – tu miłe zaskoczenie, że nawet zaprezentowały one godziwą jakość – którym udokumentowałem już całą resztę wyprawy. W następnej ludzkiej osadzie znalazłem sklep, w którym zaopatrzyłem się w butelkowaną wodę [ciekawostka, że wsadzona do kieszeni i poddawana ciągłym wstrząsom podczas marszu też zaczęła zamarzać]. Nieco później doszedłem do pierwszego punktu wycieczki, czyli Kolorowych Jeziorek. Szału nie było, wszystkie były zamarznięte na zwykły „lodowy” kolor, a i nie chciało mi się nawet specjalnie ich szukać. Szlak kręcił się, kombinował i wymykał co chwila, a po pierwszym ostrzejszym podejściu zreflektowałem się, że Święta nie przysłużyły się mej formie. A GFPoint za 4 tygodnie. Tu du dum. Piąłem się dalej i wyżej, przez śnieżne lasy i puste przesieki, psiocząc na dziadowskie oznaczenia na drzewach. Wdrapałem się na Wielką Kopę, zszedłem z Wielkiej Kopy, a zielony szlak już zupełnie zrobił mnie w wuja i zniknął. Wobec tego przebiłem się kulturalnie na azymut do wioseczki w dolinie, co Rędziny się zwała.


 

Człapiąc sobie asfaltem w kierunku, w którym powinien znajdować się zaginiony szlak przechodząc przez mały mostek, usłyszałem… kaszlnięcie? Rzęźnięcie? Cokolwiek, zabrzmiało w każdym razie dramatycznie – a że nawet największe doły nie są w stanie zdławić mego wrodzonego bohaterstwa, rzuciłem się w koryto rzeczki by uratować stworzenie w potrzebie! No cóż, potraktujmy to jako przerywnik bez puenty, bo najwidoczniej mi się przesłyszało i niczego potrzebującego pomocy nie znalazłem pod tym mostem. 


  

Odnalazł się za to zielony szlak, nadal wyjątkowo rozrywkowy. Tu przez jakieś krzaki, tam skok nad potokiem – wytyczać go musiał ktoś bardzo dowcipny. W końcu przerzuciłem się na czarny, by po chwili wejść na czerwony i niedługo później skończyć na żółtym. Rozdroże pod Bobrzakiem, popas. Strapiłem się jeszcze bardziej i zmarzłem, wuja tam z takim odpoczynkiem – idziemy dalej. Ten odcinek dla odmiany był bardzo spokojny – długa leśna droga bez wyczynowych przewyższeń, a nawet słonko wyszło na chwilę. Ta przyjemna trasa powiodła mię na przełęcz Kowarską, w okolicach której zaczęły się już poważne góry. Pół godziny później byłem już na Okraju i raczyłem się ciepłą herbatą w schronisku. Lubię to miejsce, zazwyczaj trafiam tam przy niskim obłożeniu szlaków, było więc dość kameralnie. Według mapy do kolejnego miejsca noclegowego miałem jeszcze kilka godzin, a tu już 14 na osi – hem, przed wyprawą maszerowanie po zmierzchu wydawało się super opcją, ale teraz było już nieco mniej kuszące. Łatwiejszą część trasy po Rudawach miałem już za sobą, teraz przyszła pora na niebosiężne Karkonosze. Ale nic to – czekanie tylko pogarszało moją sytuację, trzeba było ruszać dalej.





Wspinaczka na Skalny Stół i Czoło kusiła, ale wobec deficytu sił i czasu wybrałem szybszą trasę po czerwonym szlaku po czeskiej stronie granicy. Pojawiło się już nieco ludzi, okolica stawała się bardziej śnieżna, a słońce było coraz bliżej horyzontu. Miałem nadzieję załapać się na jakiś widowiskowy zachód słońca w okolicach Śnieżki, co było dodatkową motywacją do szybszego przebierania kulasami. Gdzieś po drodze na Sowią Przełęcz natknąłem się na Niebieskiego Wędrowca. W pewnym momencie obejrzałem się do tyłu i ujrzałem doganiającego człowieka w niebieskiej kurtce. I nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że kiedy zerknąłem za siebie chwilę później – szlak był pusty. Duch gór mnie nawiedził? Haluny? Hem. Minąłem schronisko Jelenka, wdrapałem się na Czarną Kopę i zobaczyłem Śnieżkę. Damy radę. Szlak wiódł grzbietem, lawirując w gęstwie ośnieżonej kosodrzewiny – przeciskając się między ich białymi gałęziami czułem się jak w lodowym labiryncie. Zachodzące gdzieś daleko za chmurami słońce ubarwiło nieboskłon szkarłatnym blaskiem, gdzieś tam hen, na dole, zapalały się światła Kowar i Karpacza, nad górami zapadał zmrok… Ech, pięknie było. Wkrótce podszedłem pod samą Śnieżkę i rozpocząłem ostatnie na dziś podejście – nie chciało mi się już kombinować, więc przebijałem się na górę najkrótszą trasą wzdłuż tyczek. Jeszcze parę stopni, jeszcze kilka sapnięć, już prawie i… jestem. Uff. Zmęczenie, satysfakcja i to wszystko, co czuje się po zdobyciu szczytu. Teraz trzeba było już tylko zejść i znaleźć nocleg – z śnieżnego mroku na Zachodzie wyłaniały się światełka schronisk, strasznie ładny to był widok. Zejść. Ha. Łatwo powiedzieć. Kolejne 20 minut ześlizgiwałem się po oblodzonej ścieżce, co jakiś czas tracąc grunt pod nogami i ratując się od gleby uwieszeniem na łańcuchach. Nah, wredny to był odcinek. Po sturlaniu się ze Śnieżki stanąłem u wrót Śląskiego Domu. Koniec trasy na dziś.



W środku pustki, zamknęli mi kuchnię zanim zdążyłem się ogarnąć, ale przynajmniej miejsca do spania było pod dostatkiem -  a w kranach ciepła woda, szaleństwo! Odsapnąłem, umyłem się i najadłem. Można było odpocząć… ale kiedy się zatrzymałem, w końcu dogoniło mnie to, co wlokło się za mną jeszcze z nizin. Cały dzień czułem się, jakbym prócz plecaka wnosił ze sobą dodatkowy ciężar. Teraz przyszła pora go zrzucić. Oddać górom. To jest w nich najbardziej niesamowite, że potrafią po prostu pomóc.



Zaspałem. Damn, o 7 rano chciałem już wychodzić, a nie się budzić. Trudno, najwyżej zmodyfikujemy trasę. Szkoda tylko, że kuchnia nadal była zamknięta. W sumie to nie było widać nikogo z obsługi. Wczoraj chyba wspominali, że się otwierają o… 10? Hem, słabo nieco. Ogarnąłem siebie i plecak, zszedłem na dół, poczekałem, popukałem… nic. W końcu wyszedłem na zewnątrz i wywołałem jakąś zaspaną dziewoję za pomocą dzwonka - tylko po to, by dowiedzieć się, że mogłem zostawić klucz w zamku i wyjść. Tak o. Ech. Ale dobra, przede mną była najciekawsza część wyprawy – Karkonosze w pełnej krasie. Aura - mgła i chmury, standard. Szlak niemal nieruszony, raczej nie było się co spodziewać tłumów. Przebycie Równi pod Śnieżką nie wymagało większego wysiłku, spokojnie dotarłem w okolice kotła Małego Stawu. Tutaj sprawa się nieco komplikowała, bo wg mapy ten odcinek jest zimą nieczynny. Kiedy jednak zobaczyłem, że szlak zimowy po tyczkach wiedzie na przestrzał przez kosodrzewinę, to postanowiłem zaryzykować. 10 cm śniegu nie powinno w końcu stwarzać większego zagrożenia. Faktycznie, nie było źle, nawet szło coś zobaczyć w dole. Jedynie opuszczając „odcinek specjalny” natknąłem się na znak ostrzegający nadchodzących z przeciwnej strony o nawisach śnieżnych. Cóż, przeżyłem. W śniegu widać było ślady kogoś, kto zastosował się do zakazu wstępu i wybrał drogę przez kosodrzewinę – twardziel, nie ma co. Minąłem Słonecznika, trawersowałem Mały Szyszak i doszedłem na Przełęcz Karkonoską - tam już pełno ludu, ale jak od strony czeskiej można tam wjechać samochodem czy autobusem, to trudno było się dziwić. Na szlak jednak mało kto się wybierał, ale zobaczyłem kogoś cholernie podobnego do Niebieskiego Wędrowca. Kiedy doszedłem na przełęcz on właśnie wyruszał dalej, tą samą trasą co ja…



Po chwili regeneracji podreptałem dalej. Nieco za Karkonoską zaczyna się podejście, które na początku bardzo ładnie widać, jak pnie się w górę przez las, by zniknąć w chmurach skrywających kolejny szczyt. Nie jest długie, ale zanim dotarłem do miejsca po Petrovej boudzie [schronisko to spaliło się kilka lat temu], zdążyłem się nieźle zmachać. Zawsze kiedy je mijam zastanawia mnie, jak niesamowicie musiał wyglądać pożar widziany np. z sąsiedniej góry. W tych okolicach natknąłem się na NW w towarzystwie Pomarańczowego Piechura. Niedługo później udało mi się dogonić najpierw PP [okazał się być kobietą] i NW, ale ten wykorzystał moją chwilę wytchnienia przy Śląskich Kamieniach i odsadził mnie. Miał niezłe tempo, przyznaję, bo więcej już nie udało mi się go wyprzedzić. Za to kiedy dochodziłem do Wielkiego Szyszaka w końcu pojawiło się słońce, a góry zajaśniały w pełnym blasku. Hej, pikne są te nasze Karkonosze. Długo się widokami nie nacieszyłem, bo po minięciu szczytu widoczność spadła do 10 metrów. Kawałek dalej z mgły wyłoniła się stacja przekaźnikowa – są tam gdzieniegdzie znaki ostrzegawcze „promieniowanie jonizujące”, niezły klimat. Chwilę później doszedłem do skrzyżowania z żółtym szlakiem i pora była na decyzję – iść dalej czerwonym na Szrenicę i tam zawijać do Szklarskiej, czy zacząć schodzić tutaj i złapać wcześniejszy pociąg. Pierwszą opcję już w sumie znałem, to dość oklepana trasa, a i zależało mi na czasie, więc wybrałem dwójkę. Ten odcinek żółtego też był teoretycznie zamknięty i wkrótce zrozumiałem, dlaczego. Żadnych oznaczeń przez pierwsze 20 minut, tyczek czy szczególnie wyróżniającej się ścieżki. Gdyby śniegu było więcej i nie miałbym wsparcia w postaci czyichś śladów z naprzeciwka, byłoby naprawdę ciężko. I tak parę razy niemal wywinąłem orła, jednak myśl o herbacie w schronisku Pod Łabskim Szczytem dodawała sił. Doszedłem, rozsiadłem się i natknąłem na uroczy bareizm – wrzątku nie ma, ale gorącą herbatę można dostać.




Schodziłem przez ośnieżone lasy coraz niżej i niżej. Góry zostawały z tyłu, skryte za zasłoną chmur. Niedługo później byłem już w Szklarskiej Porębie, a tam już asfalt, turyści i komercha. Przygody jednak się  nie skończyły, bo w poszukiwaniu stacji kolejowej oblazłem całe to cholerne miasto – to, że mam jego plan na swojej mapie odkryłem dziwnie późno. Ot, góry przelazł bez problemów, wrócił do cywilizacji i się zgubił. No dobra, kwadrans przed odjazdem pociągu byłem na miejscu. Oby tylko mieli tam bankomat, bo z gotówką krucho… o, jest kasa z terminalem. Szkoda tylko, że mieli awarię systemu… Damn. Ok, nie popadajmy w panikę. Zostało mi osiem złotych drobnymi, może uda się wyżebrać jeszcze piątaka. Parka przede mną - podobna sytuacja. Ławeczka obstawiona przez kilku kierowników – hem, raczej nigdy nie dawałem się prośbom „królu złoty, złotóweczki mi brakuje”, więc w żulowskiej solidarności raczej by mię nie wsparli. Ale na peronie złapałem jakiegoś nieszczęśnika który uwierzył w moją rozdzierającą historię i wsparł mnie groszem – nie wiem kim byłeś, ale w podzięce zostałeś uwieczniony na mym blogu. Widać nawet jak nie jeżdżę na stopa, to muszę podróżować opierając się na ludzkiej dobroci - i weź tu bądź pesymistą przekonanym o ludzkiej podłości… Rozsiadłem się wygodnie, wyciągnąłem książkę i włączyłem radio. Za oknem przesuwały się góry [strasznie malownicza trasa, polecam], a w słuchawkach Wojtek Mann z Anną Gacek zapuszczali zacne rockowe rytmy. Ech, fajnie, ale pora było wracać.
Do Wrocławia, potem Gorzowa*, a w końcu na Ziemię Wikingów.

 Wszystkie zdjęcia: pikasa 

*Kiedy próbowałem kupić bilet 10 minut przed odjazdem pociągu okazało się, że na karcie też nie mam kasy. Tym razem poratował mnie towarzysz ze Zrzeszenia Niepopularnych Blogerów, któremu niniejszym oficjalnie dziękuję. Tak, zajrzyjcie na jego bloga: link

niedziela, 17 stycznia 2016

Mariagerfjord #2

O tym jak znowu gdzieś polazłem.
 
 Wyspa Vorsø

Ocknąłem się. Ciemno. Cicho. Według zegarka czwarta rano. Poprzedniego dnia pod wieczór położyłem się „na chwilkę” i cosik mi się zasnęło… Damn. Dobra, trzeba się ogarnąć i dokończyć sen w nieco bardziej cywilizowany sposób. Kiedy jednak dumałem sobie w łazience naszła mnie myśl, że w sumie to szkoda by zmarnować sytuację, kiedy jestem na chodzie o takiej porze. Przeżyłem krótki, klasyczny konflikt ciepłe łóżko vs zew przygody, w którym po chwili zwyciężyła druga opcja.

Horsens na horyzoncie, godz. 7:59
Łikęd do szałowych nie należał, czemu by więc nie wykorzystać choć jego połowy na coś ciekawszego niż siedzenie przed monitorem? Nawet miałem już pomysł na trasę.
Horsens o 5 rano w niedzielę nie było jednak tak opustoszałe, jakbym podejrzewał. Mijając kilka zbłąkanych duszyczek i pojazdów wyruszyłem na wyprawę dookoła lokalnego fiordu. Dystans godziwy, droga przez parę wysepek, pogoda… no, nie padało, więc dobra – za to wiało naprawdę uczciwie. Początek wędrówki przez uśpione miasto i suburbia mijał całkiem przyjemnie. Kierowałem się trasą wzdłuż północnego brzegu fiordu, którą znacie już z jednej wrześniowej wyprawy. Tym razem jednak ciemności gwarantowały całkiem inne odczucia. Srogi wicher targający koronami drzew i goniący grzywacze na powierzchni wody budował atmosferę pewnego niepokoju… ach, te moje romantyczne nastroje. Niebawem jednak niepokój stał się jak najbardziej realny, bo zacząłem natykać się na powalone drzewa leżące w poprzek ścieżki, a z głębi lasu dobiegł mnie dźwięk łamiących się pni. Dreszcz emocji gwarantowany, zastanawiałem się tylko jak zareagować, gdy usłyszę taki trzask nad głową. 

Kompilacja wszystkich typów "atrakcji" po drodze na szagę


Co to za kraj, gdzie takie fajne rzeczy się walają przy drogach
Mimo wszystko opuściłem las w jednym kawałku. Zmrok powoli się rozpraszał, właśnie zaczynała się moja ulubiona pora – przedświt. Ten szczególny stan zawieszenia między nocą a dniem, kiedy rzeczywistość wydaje się tkwić w pewnym niedookreśleniu. Nie ma światła, nie ma cienia, nic tylko szaroniebieska nierealność. W tych niedopowiedzianych warunkach wkroczyłem na nieznane jeszcze terytoria. Według ulotki z mapą można było iść drogą nieco oddaloną od brzegu, jednak nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił przebijać się na szagę. Cóż, czyli standardowy duński zestaw krajobrazowy – pastwiska, płoty pod napięciem i wijąca się linia brzegowa. Pomijając atrakcje typu rowy z wodą i bagna, szło się całkiem dobrze. Minąłem pierwszą wyspę, przebiłem się przez czyjąś posesję na której znalazłem kamień-nagrobek – spocząć na własnej ziemi z widokiem na fiord, to jest coś. W końcu znalazłem jakąś drogę i pozwoliłem się powieść bitym szlakiem. Okolica typowo rolnicza, wiosną/latem pewnie byłoby tu zapewne całkiem urokliwie: pola, górki, domki, ot jutlandzka sielanka. Wbiłem się na parokilometrowy dojazd do posesji, który okazał się być oczywiście ślepym zaułkiem – jakbym przejmował się bitymi drogami. Niestrudzenie drałując naprzód natknąłem się na strumień – hej przygodo, majtnąłem plecak na drugi brzeg, po czym sam rzuciłem się w heroicznym skoku nad rwącą wodą. Rzecz mała, a cieszy – szkoda tylko, że dramatyzm sytuacji nieco oklapł, gdy znalazłem elegancki mostek rzut kamieniem dalej. 

Duńskie postapo
Piramida nieznanego pochodzenia i przeznaczenia
Tak, też nic z tego nie rozumiem
Wpadłem na asfalt, minąłem niewielką osadę, wniknąłem w okolice bardziej lesiste. Wkrótce nadarzyła się okazja by porzucić szosę i skrócić sobie drogę idąc leśnymi przesiekami – czegóż więcej mi było trzeba! I to nie był jakiś podmiejski zagajnik, tylko całkiem porządny bór [oczywiście jak na duńskie realia], szedłem więc w pełni ukontentowany. Co ciekawe, gęsto aż było od poukrywanych leśnych posesji, całkiem przyjemne miejsce do życia. Po drodze napadł mnie jakiś jegomość z pytaniem, czy nie widziałem jego kompanii urządzającej sobie polowanie na terenie, który właśnie opuszczałem. Nieco później dotarłem do drogi wiodącej na wyspę Alrø, połączonej ze stałym lądem krótką groblą. Łojzicku, jak tam gwiździło! Na otwartej przestrzeni mogłem w pełni odczuć moc wiatru, który zmuszał do przemieszczania się pod kątem jakiś 45 stopni. Cóż, taki klimat, ale miałem większe zmartwienia. Według podań i legend zasłyszanych na uczelni, z wyspy można było się przedostać na drugi brzeg fiordu przeprawą promową, taką z gatunku bardziej lokalnych. Będąc już na Alrø przewertowałem swoją ulotkę – niby po duńsku, ale coś o promie tam było. Problem w tym, że wspominano też o jakimś „somerperiod”. Hem. Do hipotetycznej przeprawy nie było daleko, więc siłą rozpędu potoczyłem się dalej. Wyspa zdecydowanie rozczarowująca – płaska, nudna i ten dziadowski wiatr prosto w oczy. W końcu doczłapałem się na miejsce by… nie zastać nawet wspomnienia promu. Molo, kibelek, jakiś samochód stojący tam niewiadomopoco. Ot, poprzeprawiałem się – podejrzewam, że nawet jeśli miałoby być to czynne, to przy takim wietrze pewnie by nie kursowało i tak. Połaziłem po pomoście zalewanym falami, przysiadłem na ławeczce, zżarłem kanapki i co zrobisz – nic nie zrobisz, pora było wracać.



Przyznam, mocy i zapału na ten powrót już zaczynało mi brakować. Zwłaszcza że musiałem leźć tym samym brzegiem zamiast eksplorować nowe ziemie – nie lubię wracać tą samą trasą, więc kombinowałem jak mogłem, by urozmaicić sobie drogę. Większość wyszła po asfalcie, toteż moje nogi wykazywały raczej umiarkowany entuzjazm. Wiało, czasem padało, wzdech wzdech. Kiedy ciemność zaczynała okrywać ziemię doczłapałem się do jakiegoś miasteczka ok 10 km od Horsens. Przyznam, że szedłem wtedy już na niezłym wnerwie, ale dzień uratował lokalny supermarket. Wobec co najmniej trudnej sytuacji, konieczne były drastyczne kroki – pół litra energetyka i tabliczka czekolady. Zasilony takimi „dopalaczami” ruszyłem dalej, głównie poboczami całkiem uczęszczanej szosy. Niby było już w porządku, dopóki nie postanowiłem przeskoczyć nad niewielkim rowem... Paraliżujący skurcz obu nóg przypomniał mi, że jednak trochę już dzisiaj przeszedłem. Po chwili odpuściło i bez większych emocji dodreptałem do siebie. Nah, atrakcje to czekały na mnie po zdjęciu skarpetek – po raz pierwszy w życiu dorobiłem się pęcherza pod paznokciem. Cóż, w sumie to wcześniej nie zdarzało mi się  chadzać po 60 kilometrów, tyle nowych wrażeń...
I tym ekscytującym akcentem zamykamy blogowe historie z Roku Pańskiego 2015.