Budzę się.
Zegarek blado świecący w ciemnościach wskazuje, że jeszcze nie pora wstać.
Zasypiam.
Budzę się. Znowu za wcześnie. Zasypiam.
I tak jeszcze kilka razy.
W końcu przychodzi „godzina piąta minut trzydzieści, kiedy pobudka zaaagrała”, więc zwlekam się ze swojego legowiska w Niebie. Dziś zaczynam pierwszy pełny dzień pracy w Bacówce - przypadła mi zmiana na 6:00. Niech fakt, że mój sen nie był tak kamienny i niezaburzony jak zwykle, będzie świadectwem mego niezwykłego przejęcia. Cicho (przynajmniej we własnym mniemaniu) przemykam przez piętra uśpionego budynku i zaczyniam poranne oblucje. Po doprowadzeniu się do (względnego) porządku, wychodzę przed schronisko aby napełnić płuca rześkim powietrzem i popatrzeć na świat. Odczuwalny chłód, lekkie zachmurzenie, słońce nadal nie wyłoniło się zza krawędzi gór. Co zaskakujące, po okolicy kręci się jeszcze jakaś inna zbłąkana duszyczka, chyba jeden z gości Bacówki. Harleya myszkującego w pobliżu z nosem przy ziemi nie liczę – do czasu pojawienia się większych ilości turystów ma jeszcze chłopak chwilę swobody. Sycę oczy widokiem i płuca tlenem, po czym udaję się do kuchni gotów na wszelkie wyzwania czekające mnie od samego początku zmiany... i tu wstaw gifa z Travoltą.
![]() |
| Widok wczesnoporanny |
O 8 rano dołącza kolejna zmiana, aby wspólnymi siłami rozpocząć wydawanie śniadań – jajecznice, parówki, kawy, a wszystko ze specjalną procedurą przygotowania. Każda z nich opiera się na absolutnie niemierzalnych sposobach określania gotowości danych potraw (coś jak przepis od babci) i można je skrócić do tak lubianych przeze mnie wytycznych pt. „zrób tak, aby było dobrze”. Opanowywanie każdej z nich trochę mi zajmie... W porannym rozgardiaszu rozpoczyna się schroniskowy dzień.
![]() | ||||
| Widok późnoporanny |
1. Wejdź do najbliższego pomieszczenia technicznego (czyli każdego, które nie
jest pokojem dla gości)
2. Przekop się przez stertę pudeł, kartonów, siatek, skrzynek i
wuj-wie-czego-jeszcze
3. Nie znajdź czego szukasz
4. Powtórz w każdym kolejnym pomieszczeniu
5. Po dziesięciu bezskutecznych iteracjach algorytmu wróć do pierwszego
pomieszczenia i weź przedmiot, który ma chociaż podobny kolor jak potrzebny ci
element
6. Improwizuj
W ten sposób zdobywam kawałek jakiejś linki, która prawie na pewno nie była
nikomu potrzebna i mogę naprawić tę nieszczęsną klapę – pół godziny szukania i
3 minuty roboty, fachowo. Zadowolony z odwalonej fuszerki dobrze
wykonanej naprawy wracam do właściwej pracy.
![]() |
| Klapa z nową "klamką" |
Wkrótce wybija 10 i idę na przysługującą mi przerwę. Wychodzę na taras z notatnikiem i spisuję doświadczenia na bieżąco, a potem zażywam relaksu z książką. Słonko przyjemnie grzeje, góry są, a turyści zachwycają się lokalnym „rysiem” Imbirem. Sielanka. Po jakimś czasie pojawia się Aga z kolejnym dzielnym świeżakiem – chłopak wchodzi po schodach, mija mnie bez słowa i włazi do kuchni - hem, widocznie bardzo przejęty sytuacją. W końcu jednak udaje się nam przywitać. Grono młodych adeptów sztuki schroniskowania (jakby to Oleczek powiedział) się powiększa.
Po przerwie staję na stanowisku produkcji naleśników – kuchenka, dwie patelnie, gar ciasta i ogień. Dosłownie, jest to chyba najgorętsza miejscówka w kuchni. Smażenie przebiega w trybie ciągłym – kiedy kończy się ciasto, dorabiasz kolejny garnek i lecisz dalej. Sztuk tu nikt nie liczy, urobek mierzy się na stosy wysokie na dobre 20 cm. Zadanie teoretycznie proste, ale wytyczne wymagające: przypieczone, ale nie za bardzo; ciasto dobrze rozprowadzone po patelni, ale nie na krawędziach, aby nie wysychały; środek nie za blady, ale każdy ma inną definicję jak bardzo. Huh. Po jakimś czasie przyjeżdża Michał the Boss (baca znaczy) i przywozi ze sobą nowe łóżko do zainstalowania w jednym z pokoi gościnnych. Idziemy z Mateuszem do przyczepy i odkrywamy jebitne małżeńskie łoże. No tylko kolumienek i baldachimu brakuje... rozweseleni bierzemy się do roboty. Najpierw szykujemy pokój i przesuwamy pozostałe łóżka, a potem wnosimy w kawałkach tę kobyłę. Rama to nie problem, ale wtarganie gargantuicznego materaca na piętro zrasza nasze czoła potem. Okej, mamy części na miejscu – teraz trzeba je skręcić do kupy. Kluczem imbusowym konkretnego rozmiaru, niedołączonym do reszty łóżka... Realizujemy więc procedurę szukania rzeczy opisaną dwa akapity wyżej i po marnym kwadransie możemy zabierać się do złożenia. Sprawnie skręcamy ramę. Na tyle sprawnie, że musimy robić to dwa razy, bo zapominamy o środkowej poprzeczce. Po drodze okazuje się, że brakuje jeszcze kołków. Powtarzamy procedurę powyżej... W końcu łoże przybiera finalną formę i wpychamy je na miejsce. Jeśli szukacie ze swoją drugą połówką noclegu w schronisku, lubicie się w nocy przytulić i nie przeszkadza Wam publiczność – zapraszamy.
To jednak nie był
koniec zadań specjalnych na ten dzień. Ledwo kończymy skręcać mebel, a pojawia się nowa rzecz - obniżone ciśnienie wody w sieci. Oznacza to tylko jedno – konieczność wyprawy do ujęcia wody. Mina Mateusza nie nastraja optymistycznie, więc
szykuje się dobra zabawa – bierzemy rękawice, coś na grzbiet (bo nadal chłód
kąsa) i ruszamy na akcję ratunkową. Ruszamy ledwo widoczną
ścieżką w górę zbocza. Mijamy powalone drzewa, antyczne drogi zrywkowe i generalną
dzikość – jesteśmy w sercu BdPNu, daleko od szlaków. Podoba mi się. Wchodzenie tu
zimą, po zmroku, bez żadnych oznaczeń drogi musi być ciekawym doświadczeniem (a
zdarza się, że trzeba). Zbliżamy się powoli do koryta potoku, który słyszałem
za każdym razem, kiedy nocowałem w Bacówce, ale nigdy nie widziałem go na oczy. Woda
zasilana topniejącym śniegiem spływa stromym żlebem, szumiąc donośnie i
rozpryskując się na kamieniach.
![]() |
| Daleko u góry widać jeszcze zalegający śnieg |
Dochodzimy do studzienki otoczonej antycznym płotem – to jednak tylko przystanek po drodze. Przeszliśmy już ładne kilkaset metrów pod górę, więc rozgrzany zrzucam polar i wieszam go na ogrodzeniu, a Mateusz wyciąga spod klapy szczotkę, która będzie nam potrzebna później. Po dalszych kilku minutach dreptania wzdłuż potoku i przeskoczeniu potężnego zwalonego buka jesteśmy na miejscu. Bezpieczeństwo tego strategicznego dla schroniska obiektu wymusza na mnie pewną dyskrecję, więc nie będę sę rozwodził nad opisem tego miejsca - ale możecie sobie wyobrazić, że stanowi pewną spójność kompozycyjną z ogólnym stanem rzeczy tutaj.
Po zlokalizowaniu prawdopodobnej istoty problemu, przystępujemy do pracy. Jest to robota dość mokra - a że jest jeszcze kwiecień, a my jesteśmy w górach, to o temperaturze wody rozwodzić się nie muszę. Zmieniamy się co jakąś minutę, bo dłużej nie idzie wytrzymać kontaktu z tym ciekłym lodem. Po jakiejś chwili takich przyjemności dzwonimy do schroniska z pytaniem o status – ciśnienie nadal słabe. Hem. Nie bardzo wiemy, co możemy właściwie jeszcze zrobić, bo nikt chyba do końca nie rozumie, jak to działa. Robimy więc to samo co wsześniej, tylko bardziej. Dzwonimy znowu – sukces! Ciśnienie wróciło. Najwidoczniej srogie bóstwa hydrauliki przyjęły ofiarę naszej heroicznej walki i udobruchane przywróciły wodę w kranach. Możemy wracać na dół z poczuciem spełnionego obowiązku i uratowania całej Bacówki. Reszta dnia w pracy mija już spokojniej, aż do fajrantu.
![]() |
| Na zboczach Wierchu |
Wdech, wydech.
Po chwili kontemplacji ruszamy w drogę powrotną, do rozświetlonej ciepłym blaskiem Bacówki pod Małą Rawką.
Po długim dniu – moim pierwszym przepracowanym w całości w schronisku - przychodzi czas na odpoczynek. Na ostatnim piętrze przybyło nam lokatorów – w Trumience rozłożył się wspomniany wcześniej chłopak - Mietek oraz kolejna nowa twarz: Balbina. Patrząc na uroki środkowej części strychu, ponownie doceniam indywidualną kwaterę z oknem. Resztka wieczoru upływa na rozmowach o życiu i śmierci z Agatą, z którą dopiero teraz mam czas w ogóle pogadać. Dziewczyna wraca już jutro - aż szkoda, bo w moim rzucie świeżaków sprawiała wrażenie jednej z bardziej ogarniętych osób. Wciskam się do Nieba i układam na swoim barłogu. Jestem naładowany przeżyciami z minionego dnia, ale zmęczenie robi swoje i zasypiam od razu.
Za oknem cicho
kołysze się las.
![]() |
| Harley i Rawki |
[1] Jakiś czas później, Ewa zapytała,
czy chciałem doprowadzić gości do hipotermii – ale ja przecież zamykałem okna w
łazience... och. Byłaby doprawdy wielka szkoda, gdybym nie odkręcił ciepłej
wody i pierwsze osoby musiały się myć w temperaturze strumieniowej. Hem, jeśli
ktoś z poszkodowanych i poodmrażanych o godzinie 8 rano 29ego kwietnia Anno
Domini 2023 kiedyś dotrze do tego bloga, to ten, przepraszam.
Ale nikt na mnie za bardzo nie krzyczał.






