poniedziałek, 22 maja 2023

Dzień drugi

Budzę się.
Zegarek blado świecący w ciemnościach wskazuje, że jeszcze nie pora wstać.
Zasypiam.

Budzę się. Znowu za wcześnie. Zasypiam.

I tak jeszcze kilka razy.

W końcu przychodzi „godzina piąta minut trzydzieści, kiedy pobudka zaaagrała”, więc zwlekam się ze swojego legowiska w Niebie. Dziś zaczynam pierwszy pełny dzień pracy w Bacówce - przypadła mi zmiana na 6:00. Niech fakt, że mój sen nie był tak kamienny i niezaburzony jak zwykle, będzie świadectwem mego niezwykłego przejęcia. Cicho (przynajmniej we własnym mniemaniu) przemykam przez piętra uśpionego budynku i zaczyniam poranne oblucje. Po doprowadzeniu się do (względnego) porządku, wychodzę przed schronisko aby napełnić płuca rześkim powietrzem i popatrzeć na świat. Odczuwalny chłód, lekkie zachmurzenie, słońce nadal nie wyłoniło się zza krawędzi gór. Co zaskakujące, po okolicy kręci się jeszcze jakaś inna zbłąkana duszyczka, chyba jeden z gości Bacówki. Harleya myszkującego w pobliżu z nosem przy ziemi nie liczę – do czasu pojawienia się większych ilości turystów ma jeszcze chłopak chwilę swobody. Sycę oczy widokiem i płuca tlenem, po czym udaję się do kuchni gotów na wszelkie wyzwania czekające mnie od samego początku zmiany... i tu wstaw gifa z Travoltą.

Widok wczesnoporanny
Jestem sam i nie mam nawet cienia pojęcia, za co trzeba się zabrać, więc kręcę się trochę bez celu. Po jakiejś chwili wpada Mewa i dziwi się na mój widok, przekonana że miałem zaczynać o innej godzinie. Żywię nadzieję, że nie jest to zaskoczenie negatywne. Mogę za to uspokoić swoją niepowstrzymaną chęć do pracy – turyści zaczynają być obsługiwani od 8, więc pierwsza zmiana musi po prostu przygotować bacówkę  do kolejnego dnia funkcjonowania. Jest więc czas na odprawienie rytuału, którym miliony nieszczęsnych dusz uwiązanych w sidła korporacyjnego wyzysku zaczyna dzień, czyli parzenie kawy. Sam bym miał pewnie skrupuły tak sobie dogadzać - ale jak Ewka zarządza, to git. Potem odkręcamy gazy i wody, wstawiamy wrzątki, aby o 7 ruszyć do poważniejszych zadań – trzeba ogarnąć główną salę po nocnych posiadówach, oraz sprzątnąć łazienki. Zostaję oddelegowany do tego drugiego, zamykam więc wejście do podziemi i zabieram się do czyszczenia. Układam sobie już jakiś system i kolejność, aby pacyfikować toaletowy chaos i nadal wyrobić się w godzinie czasu – co jak się okazuje, mija w tak zwanym okamgnieniu. Uwijam się więc jak w ukropie ze szmatą, szczotą i mopem. Na szczęście mam jeszcze taryfę ulgową i Mewa pomaga mi z podłogami, dzięki czemu wpuszczam turystki spragnione czystości ledwie parę minut po oficjalnej godzinie otwarcia[1].

O 8 rano dołącza kolejna zmiana, aby wspólnymi siłami rozpocząć wydawanie śniadań – jajecznice, parówki, kawy, a wszystko ze specjalną procedurą przygotowania. Każda z nich opiera się na absolutnie niemierzalnych sposobach określania gotowości danych potraw (coś jak przepis od babci) i można je skrócić do tak lubianych przeze mnie wytycznych pt. „zrób tak, aby było dobrze”. Opanowywanie każdej z nich trochę mi zajmie... W porannym rozgardiaszu rozpoczyna się schroniskowy dzień.

Widok późnoporanny




W międzyczasie kursuję góra-dół za jakimiś rzeczami zostawionymi w Niebie i zamykając klapę nad drabiną uwieszam się nieco za mocno na „klamce” wykonanej ze sznurka. Dziwnym trafem, zostaje mi on w ręce. Ech, no to mogę zaczynać wprowadzanie w życie swoich ambitnych planów ogarniania Bacówki – nie zakładałem, że rozpocznie się on od rozwalenia istniejących „patentów” w drzazgi, ale w sumie to nie mogę być zaskoczony. Schodzę na dół ze smutnym kawałkiem linki w ręku i korzystając z wolnej chwili zaczynam poszukiwania zamiennika. Oczywiście nikt nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, w którym konkretnie miejscu można znaleźć liny i sznurki. Zaczynam więc procedurę, którą będę powtarzać przez najbliższe dni wielokrotnie, czyli:

1. Wejdź do najbliższego pomieszczenia technicznego (czyli każdego, które nie jest pokojem dla gości)
2. Przekop się przez stertę pudeł, kartonów, siatek, skrzynek i wuj-wie-czego-jeszcze
3. Nie znajdź czego szukasz
4. Powtórz w każdym kolejnym pomieszczeniu
5. Po dziesięciu bezskutecznych iteracjach algorytmu wróć do pierwszego pomieszczenia i weź przedmiot, który ma chociaż podobny kolor jak potrzebny ci element
6. Improwizuj

W ten sposób zdobywam kawałek jakiejś linki, która prawie na pewno nie była nikomu potrzebna i mogę naprawić tę nieszczęsną klapę – pół godziny szukania i 3 minuty roboty, fachowo. Zadowolony z odwalonej fuszerki dobrze wykonanej naprawy wracam do właściwej pracy.

Klapa z nową "klamką"

Wkrótce wybija 10 i idę na przysługującą mi przerwę. Wychodzę na taras z notatnikiem i spisuję doświadczenia na bieżąco, a potem zażywam relaksu z książką. Słonko przyjemnie grzeje, góry są, a turyści zachwycają się lokalnym „rysiem” Imbirem. Sielanka. Po jakimś czasie pojawia się Aga z kolejnym dzielnym świeżakiem – chłopak wchodzi po schodach, mija mnie bez słowa i włazi do kuchni - hem, widocznie bardzo przejęty sytuacją. W końcu jednak udaje się nam przywitać. Grono młodych adeptów sztuki schroniskowania (jakby to Oleczek powiedział) się powiększa.

Po przerwie staję na stanowisku produkcji naleśników – kuchenka, dwie patelnie, gar ciasta i ogień. Dosłownie, jest to chyba najgorętsza miejscówka w kuchni. Smażenie przebiega w trybie ciągłym – kiedy kończy się ciasto, dorabiasz kolejny garnek i lecisz dalej. Sztuk tu nikt nie liczy, urobek mierzy się na stosy wysokie na dobre 20 cm. Zadanie teoretycznie proste, ale wytyczne wymagające: przypieczone, ale nie za bardzo; ciasto dobrze rozprowadzone po patelni, ale nie na krawędziach, aby nie wysychały; środek nie za blady, ale każdy ma inną definicję jak bardzo. Huh. Po jakimś czasie przyjeżdża Michał the Boss (baca znaczy) i przywozi ze sobą nowe łóżko do zainstalowania w jednym z pokoi gościnnych. Idziemy z Mateuszem do przyczepy i odkrywamy jebitne małżeńskie łoże. No tylko kolumienek i baldachimu brakuje... rozweseleni bierzemy się do roboty. Najpierw szykujemy pokój i przesuwamy pozostałe łóżka, a potem wnosimy w kawałkach tę kobyłę. Rama to nie problem, ale wtarganie gargantuicznego materaca na piętro zrasza nasze czoła potem. Okej, mamy części na miejscu – teraz trzeba je skręcić do kupy. Kluczem imbusowym konkretnego rozmiaru, niedołączonym do reszty łóżka... Realizujemy więc procedurę szukania rzeczy opisaną dwa akapity wyżej i po marnym kwadransie możemy zabierać się do złożenia. Sprawnie skręcamy ramę. Na tyle sprawnie, że musimy robić to dwa razy, bo zapominamy o środkowej poprzeczce. Po drodze okazuje się, że brakuje jeszcze kołków. Powtarzamy procedurę powyżej... W końcu łoże przybiera finalną formę i wpychamy je na miejsce. Jeśli szukacie ze swoją drugą połówką noclegu w schronisku, lubicie się w nocy przytulić i nie przeszkadza Wam publiczność – zapraszamy.

To jednak nie był koniec zadań specjalnych na ten dzień. Ledwo kończymy skręcać mebel, a pojawia się nowa rzecz - obniżone ciśnienie wody w sieci. Oznacza to tylko jedno – konieczność wyprawy do ujęcia wody. Mina Mateusza nie nastraja optymistycznie, więc szykuje się dobra zabawa – bierzemy rękawice, coś na grzbiet (bo nadal chłód kąsa) i ruszamy na akcję ratunkową. Ruszamy ledwo widoczną ścieżką w górę zbocza. Mijamy powalone drzewa, antyczne drogi zrywkowe i generalną dzikość – jesteśmy w sercu BdPNu, daleko od szlaków. Podoba mi się. Wchodzenie tu zimą, po zmroku, bez żadnych oznaczeń drogi musi być ciekawym doświadczeniem (a zdarza się, że trzeba). Zbliżamy się powoli do koryta potoku, który słyszałem za każdym razem, kiedy nocowałem w Bacówce, ale nigdy nie widziałem go na oczy. Woda zasilana topniejącym śniegiem spływa stromym żlebem, szumiąc donośnie i rozpryskując się na kamieniach.

Daleko u góry widać jeszcze zalegający śnieg

Dochodzimy do studzienki otoczonej antycznym płotem – to jednak tylko przystanek po drodze. Przeszliśmy już ładne kilkaset metrów pod górę, więc rozgrzany zrzucam polar i wieszam go na ogrodzeniu, a Mateusz wyciąga spod klapy szczotkę, która będzie nam potrzebna później. Po dalszych kilku minutach dreptania wzdłuż potoku i przeskoczeniu potężnego zwalonego buka jesteśmy na miejscu. Bezpieczeństwo tego strategicznego dla schroniska obiektu wymusza na mnie pewną dyskrecję, więc nie będę sę rozwodził nad opisem tego miejsca - ale możecie sobie wyobrazić, że stanowi pewną spójność kompozycyjną z ogólnym stanem rzeczy tutaj.

Po zlokalizowaniu prawdopodobnej istoty problemu, przystępujemy do pracy. Jest to robota dość mokra - a że jest jeszcze kwiecień, a my jesteśmy w górach, to o temperaturze wody rozwodzić się nie muszę. Zmieniamy się co jakąś minutę, bo dłużej nie idzie wytrzymać kontaktu z tym ciekłym lodem. Po jakiejś chwili takich przyjemności dzwonimy do schroniska z pytaniem o status – ciśnienie nadal słabe. Hem. Nie bardzo wiemy, co możemy właściwie jeszcze zrobić, bo nikt chyba do końca nie rozumie, jak to działa. Robimy więc to samo co wsześniej, tylko bardziej. Dzwonimy znowu – sukces! Ciśnienie wróciło. Najwidoczniej srogie bóstwa hydrauliki przyjęły ofiarę naszej heroicznej walki i udobruchane przywróciły wodę w kranach. Możemy wracać na dół z poczuciem spełnionego obowiązku i uratowania całej Bacówki. Reszta dnia w pracy mija już spokojniej, aż do fajrantu. 

Na zboczach Wierchu

Huh, działo się dzisiaj nieco. W ramach odpoczynku po tych przygodach i wydziczenia się, chcę pójść na spacer na znany Wam już Wierch – kiedy jestem w drzwiach, dołącza się Mewa. Bierze Harleya na smycz i we trójkę wyruszamy na wieczorną włóczęgę po okolicy. Rozmowa i marsz idzie nam tak dobrze, że przechodzimy przez szczyt wzgórza, przekraczamy szosę na przełęczy Wyżniańskiej i zatrzymujemy się gdzieś w połowie podejścia na szczyt Caryńskiej. Zachód słońca raczej skromny, ale proszę Was – jesteśmy na zboczu bieszczadzkiej połoniny i mamy do tego psa. Turyści już zniknęli ze szlaków razem ze swoim hałasem, wieczorne powietrze nasyca się wilgocią, a ja patrzę na ostatnie blaski czerwieni za Działem.

Wdech, wydech.

Po chwili kontemplacji ruszamy w drogę powrotną, do rozświetlonej ciepłym blaskiem Bacówki pod Małą Rawką. 

Po długim dniu – moim pierwszym przepracowanym w całości w schronisku - przychodzi czas na odpoczynek. Na ostatnim piętrze przybyło nam lokatorów – w Trumience rozłożył się wspomniany wcześniej chłopak - Mietek oraz kolejna nowa twarz: Balbina. Patrząc na uroki środkowej części strychu, ponownie doceniam indywidualną kwaterę z oknem. Resztka wieczoru upływa na rozmowach o życiu i śmierci z Agatą, z którą dopiero teraz mam czas w ogóle pogadać. Dziewczyna wraca już jutro - aż szkoda, bo w moim rzucie świeżaków sprawiała wrażenie jednej z bardziej ogarniętych osób. Wciskam się do Nieba i układam na swoim barłogu. Jestem naładowany przeżyciami z minionego dnia, ale zmęczenie robi swoje i zasypiam od razu.

Za oknem cicho kołysze się las.

Harley i Rawki

[1] Jakiś czas później, Ewa zapytała, czy chciałem doprowadzić gości do hipotermii – ale ja przecież zamykałem okna w łazience... och. Byłaby doprawdy wielka szkoda, gdybym nie odkręcił ciepłej wody i pierwsze osoby musiały się myć w temperaturze strumieniowej. Hem, jeśli ktoś z poszkodowanych i poodmrażanych o godzinie 8 rano 29ego kwietnia Anno Domini 2023 kiedyś dotrze do tego bloga, to ten, przepraszam.

Ale nikt na mnie za bardzo nie krzyczał.

wtorek, 16 maja 2023

Dzień pierwszy

Zarzucam plecak na ramiona i ruszam przed siebie. Mijam skrzyżowanie na Wołosate, kicam szybko w krzaki za potrzebą i po chwili opuszczam skromne zabudowania Ustrzyk Górnych. Ruch na drodze, rzekłbym, znikomy. A tak właściwie to żaden, co może nie być sprzyjającą okolicznością wobec pomysłu na łapanie stopa. Ale nic to - jest pięknie, a ja nie mam zamiaru narzekać na spacer przez góry, budzące się do życia po długiej zimie. Ptactwo nadaje bez wytchnienia, potoki cicho dzwonią w przepustach pod drogą, a słońce zaczyna uczciwie przygrzewać. Chłonę to wszystko z niekłamaną radością, krocząc przed siebie po pustym asfalcie.

Wkrótce jednak słyszę hałas silnika i zza zakrętu wyłania się samochód. Tak jak setki razy wcześniej, wyciągam rękę z uniesionym kciukiem – i tak jak wielu przed nim, kierowca zwalnia, aby po chwili zatrzymać auto obok mnie. „My tylko na Przełęcz Wyżniańską” – a to dokładnie tam gdzie zmierzam, więc tarabanię się z plecakiem do środka. Młoda parka, od kilku dni w Biesach, korzystają z ostatnich spokojnych chwil przed Majówką. Ciągniemy zwyczajowy autostopowy smoltok i po kilku minutach dojeżdżamy na parking na przełęczy. Żegnam się z moimi dobroczyńcami i zaczynam ostatni etap podróży. Żeby nie tłuc się żwirową drogą, opuszczam parking boczną ścieżką i po chwili już wspinam się na mój ulubiony Wierch. Lekka zadyszka po zdobyciu tego niebosiężnego szczytu (no dobra, to taki pagórek trawiasty jest) wskazuje, że forma to była kiedyś. Z niepozornego wzniesienia rozciąga się przepiękna panorama – od strony słońca, na południu, piętrzą się lesiste stoki Rawki. Naprzeciw nich rozciąga się w pełnej okazałości Połonina Caryńska – u szczytu nadal pobielona śniegiem, który będę oglądał codziennie przez kolejny tydzień. Na wschodzie rozłożył się dumnie masyw Bieszczad Wysokich z dobrze widoczną Tarnicą, zaś na prawo od nich widać dolinę Wołosatego i tę śmieszną, samotną górkę pośrodku, którą darzę niezrozumiałą sympatią. W kierunku zachodnim ciągnie się w dal dolina między Działem i pasmami granicznymi, a połoninami. Kiedy tam stoisz, cały świat zamyka się w tych paru dolinach. Nie ma nic oprócz gór.

Wdech, wydech.
Ale dobrze, nie przyjechałem tu (tylko) wzdychać do efektów mioceńskich fałdowań. Cel tej eskapady leżał nieco dalej, skryty u podnóży tej mniejszej z Rawek – niegdysiejsze* schronisko
PTTK, znana i lubiana wśród turystów Bacówka Pod Małą Rawką. Miejsce mojego zamieszkania i zatrudnienia na najbliższy czas.

 

Ukradzione z internetów

Staczam się ze wzgórza w stronę drewnianego budynku i chyba zaczynam się stresować. Huh. Byłem tu naprawdę wiele razy, ale jakoś nigdy tak... zawodowo. Przestępuję drewniany próg, wchodzę do głównej sali i zaglądam do okienka z tekstem, że "ponoć mam tu pracować". Ludzie obecni po drugiej stronie reagują raczej pozytywnie i zapraszają na zaplecze. Cofam się do korytarza, w którym otwierają się magiczne wrota z napisem "zakaz wstępu" i... w końcu dane jest mi przekroczyć granicę między schroniskowym sacrum a profanum. Może to śmieszne, ale naprawdę jestem podekscytowany – wchodzę tam, gdzie „zwykły turysta” wstępu nie ma. Jako potwierdzenie, że naruszam obszar sacrum, aktywuje się pierwsza linia obrony schroniska w postaci Harleya, lokalnego podhalańczyka. Ja zostaję pro forma obszczekany, za to Harley zostaje obsztorcowany przez Agę – i od tego czasu jesteśmy z piesełem już ziomeczkami, wyjaśnione. Z ludzkich lokatorów spotykam w kuchni: rzeczoną Agę - kierowniczkę całego zmieszania, mieszkającą w Bacówce na stałe; Mewę - poznaną już w październiku zeszłego roku rezolutną Panią Z Okienka; Dom – sympatyczną krótkowłosą dziewczynę; Mateusza – wąsatego jegomościa o pozytywnym usposobieniu; Michała – brodatego dryblasa z marynistycznym rękawem oraz Agatę – innego świeżaka szukającego pracy w schronisku. Stara załoga nawet mnie kojarzy z ostatniej wizyty, a i Oleczek zachował się w pamięci jako ten „przystojniak” (żeby nie było, sam się tak tytułował). Zrzucam rzeczy w korytarzu i zaczynam poznawanie tego starego-nowego miejsca. Centrum dowodzenia i serce bacówki to kuchnia – tutaj obsługuje się turystę, ustala działania, oraz oczywiście przyrządza wszelakie dobra napełniające kałduny. Niżej, na parterze budynku, znajdują się różnego rodzaju magazyny, chłodnie, składy, kotłownie, drewutnie i rupieciarnie. Dużo rupieciarni. W sumie to każde pomieszczenie staje się tu naturalnie rupieciarnią. Ale dla niepoznaki każda z nich ma nazwę własną – zapisaną na drzwiach, albo i nie. Pierwsze dni wymagają więc intensywnej nauki co jest czym i gdzie jest położone i co właściwie się tam znajduje -  bo nazwy typu „hydro”, „blaszak”, „klubik” czy „gabinet” niewiele powiedzą biednemu świeżakowi.

Po krótkim zapoznaniu się z lokalną architekturą dostaję przydział – zaczynam pracę o 14. Młodzieńczy (khe, ten epitet zaczyna brzmieć w moim wydaniu coraz bardziej ironicznie) entuzjazm każe mi wykazać się gotowością do pracy od zaraz, ale tutaj poważnie szanuje się czas wolny – zbieram więc manatki i... idę do Nieba. Moje ascensio ma jednak mniej duchowy charakter i polega na przejściu po schodach na drugie piętro i dalej drabiną przez klapę w suficie/podłodze na ostatni poziom budynku – na strychu Bacówki rozciąga się dziedzina pracowników tymczasowych i przygodnych. Kominy rozdzielają ją na pokoik z oknem skierowanym na Połoninę Caryńską, centralnie umieszczoną Trumienkę pozbawioną dostępu do światła słonecznego, oraz rzeczone Niebo ukryte za zamykanymi drzwiami i z oknem na stoki Rawki. Włazić muszę na czworaka pod skosem, wyposażenie „pokoju” to podłoga, stary wojskowy materac i wieszak, a poza tym... jest tu wspaniale. Na kominie wymalowano błękitne niebo z obłokami, pod sufitem wisi mały łańcuch ledowych lampek w kształcie jednorożców, zaś niemal całą ścianę frontową zajmuje okno, przez które wlewa się światło, zapachy lasu i dźwięki całego życia w nim buszującego. Nie miałem wcześniej pojęcia o istnieniu tego pomieszczenia, ale czuję się, jakby czekało na mnie od lat.

 Niebo

Wybebeszam wstępnie plecak, rozparcelowuję się po kwaterze i wychodzę na obchód. Bacówce towarzyszy parę budynków i konstrukcji rozrzuconych po okolicy, przestrzeń między nimi zaś wypełniona jest przez mniej więcej wszystko. Od starych drzwi i zbiorników, poprzez hałdy drewnianych belek, aż po ramę od Defendera (bardziej kompletny i nawet jeżdżący pogoprowski Def stacjonuje pod tarasem, służąc jako transport na parking i z powrotem). Obłażę ten malowniczy krajobraz dookoła, wzdycham sobie do gór i wracam do Nieba. Układam się na materacu i postanawiam wykorzystać pozostały mi czas na odespanie nocnych zaległości.

Odsypiam tak skutecznie, że prawie spóźniam się na swoją zmianę – niezły początek (choć jakoś zupełnie mnie to nie dziwi). O 14:00 melduję się w kuchni gotów wykazać się swoim entuzjazmem, zaradnością i... czekam jeszcze z pół godziny, aż Mateusz ogarnie coś w swoim komputrze. Majówka jeszcze się nie zaczęła, toteż ludzi wciąż niewiele i na kuchni względny spokój – można więc wykorzystać ten czas na Bardzo Ważne Zadanie jakim jest udeptywanie kontenerów ze śmieciami. Otwieramy włazy i nurkujemy, skacząc i depcząc po worach w celu optymalnej dystrybucji odpadów w przestrzeni odkładczej, nie zastanawiając się dla własnego dobra nad ich zawartością oraz potencjałem zapachowym. Jakby ktoś (jak np. ja) uważał pracę w schronisku za coś szalenie romantycznego, to w tym momencie mógł to zweryfikować. Po tym krótkim i jakże ciekawym zadaniu, zaczynamy ogarniać teren wokół Bacówki. Zeszłoroczny remont dachu pozostawił okolicę w jeszcze większym rozgardiaszu i w końcu przyszła pora na zagrabienie gruzu oraz śmiecia zalegającego dokoła. Grabie w dłoń i taczki w ruch – prosta, fizyczna praca. Chciałoby się rzec: „it ain’t much, but it’s honest work”. Po względnym odgruzowaniu terenu, zaczynam nawozić go humusem, co by pobudzić jakąś wegetację i zazielenić to smutne, gliniaste klepisko. Źródłem murszu są stare oborniki, zasilane bioodpadami z kuchni – co jakiś czas zmienia się miejsce wysypywania „urobku”, a po kilku latach można już wydobywać żyzną próchnicę. Bardzo uwapnioną, bo chyba połowa jej objętości to skorupki jajek z niezliczonych jajecznic, żurków i naleśników. Ładuję, wożę i rozprowadzam -  a wszystko to w cudownym otoczeniu i z widokiem na góry wszędzie dookoła. Ptaszki śpiewają. Sielanka.
W międzyczasie spożywam obiad z bacówkowych specjałów (żurek i pierogi), a o 18 słyszę subtelny okrzyk „RADEEEEEEEEK!!!” z tarasu i kończę radosne nawożenie, aby zająć się poważnym bacówkowym tematem – sprzątaniem kibli. Mewa zabiera mnie w głąb umywalni i instruuje po kolei, w jaki sposób i z użyciem jakich magicznych środków przywraca się sanitariaty do standardu godnego istoty ludzkiej. Zgodnie ze starą hotelową zasadą – one szmata to clean them all. Szorujemy więc, odkażamy i pucujemy wszystkie powierzchnie płaskie i ceramiczne tak, aby wyrobić się ze wszystkim do 19, o której tu puści się ciepłą wodę do rur, a turystów do pryszniców. Sprzątanie obejmuje również czyszczenie szeregu kuwet, które to służą lokalnemu hufcowi kotów – jest tu mniej więcej siedem tych futrzaków – a jeśli żwirek nie będzie odpowiedniej czystości, nawalą na podłogę obok. Wspaniałe stworzenia.

Po zeszmaceniu wszystkiego co się dało otwieramy łazienki i wracamy do kuchni. Tam pomagam przy rozładunku dostawy zapasów, poznaję bacę Michała i razem z Dom doprowadzamy kuchnię do porządku, gawędząc jak i dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu – tak mija mi czas do 22, kiedy oficjalnie kończy się dzień pracy w Bacówce pod Małą Rawką. Nie powiem, jest intensywnie – choć pracowałem tylko pół dnia i to przed rozpoczęciem się szczytu turystycznego. Myję się w prawie-    ciepłej wodzie w naszej pracowniczej łazience i wdrapuję do swojej ciasnej acz uroczej kwatery. Przez otwarte okno słychać pohukującą w głębi lasu sowę, a ja leżę sobie na wypierdzianym materacu i nie mogę się przestać zachwycać, gdzie jestem i co robię. Niemal z trudem przychodzi mi uwierzenie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Korzystam z resztek sił, aby spisać pokrótce wspomnienia z tego dnia (które staną się bazą dla tego wpisu), po czym gaszę światło. Noc wlewa się do Nieba i otula mnie szczelnie. 

Jest bardzo ciemno,
Jest bardzo cicho.
Jest bardzo jak trzeba.

Zasypiam znajdując się dokładnie tam, gdzie powinienem być.
W Niebie.

____________________________________________________________________________________

*okazuje się, że według państwowych kryteriów, żadna z bacówek w Bieszczadach i generalnie większość schronisk górskich w Polsce nie mają formalnego prawa nazywać się "schroniskami".