czwartek, 3 września 2015

Nørrestrand



Niedziela, znaczy czas na wycieczkę. 

Nørrestrand
W ramach zakrojonego na szeroką skalę planu EHO [Eksploracja Horseńskich Okolic]  wybrałem się nad najbliższe okoliczne jezioro, rozciągające się na północnym skraju miasta. Na tyle bliskie, że widać je z mojej uczelni, więc na pierwszą „poważną” wyprawę jak znalazł. Według map i przewodników dookoła biegła jakaś elegancka ścieżka, szlaki rowerowe, nie powinno być więc problemów z pokonaniem trasy w parę godzin. Teoretycznie. 

Klimatyczna ścieżyna
Infrastruktura piknikowa jest - widok z platformy obserwacyjnej
Widok na osiedla rozłożone na wschodnim brzegu
Wyposażenie standardowe, czyli jak do tygodniowej wyprawy  do lasu – plecak, zestaw hydratacyjny, zapasy, zabezpieczenie przeciwdeszczowe, aparat, nóż, bojówki… apteczkę sobie darowałem, co mi tam, jolo. Za to telefon wziąłem z krokomierzem, co haniebnie zaniżał dystans mojego marszu. Pogoda taka sobie, ale lato się tu przecież skończyło…  
 
...totemiczne drzewo?
Przystań za domem - fajna sprawa
Pomost. Nie wiem po co, ale wyglądał ładnie
Najpierw przetarabaniłem się przez miasto w kierunku uczelni, za którą znajdował się kanał łączący jezioro z fiordem i początek szlaku obiegającego zbiornik od południa. Start dość spokojny, ale musiałem wbić się na ledwo widoczne wędkarskie ścieżyny. Klasyczna scena – jakaś parka gaworzy sobie słodko w uroczym zakątku, gdy nagle wypadam z krzaków, przechodzę bez słowa i wchodzę w zarośla z drugiej strony. Zawsze zastanawiam się wtedy, co tacy ludzie sobie myślą. Odnalazłem jednak właściwą drogę [3 metry dalej] i raźno ruszyłem na odkrycie Nieznanego. Początkowo na ludzi po drodze patrzyłem krzywym okiem - jakimż to prawem zakłócali swoją obecnością kontakt z naturą takiego niezrównanego podróżnika jak ja! Musiałem poprowadzić ze sobą dyskusję, aby przekonać się do tego, że inni mają takie same prawo korzystać z uroków świata i nie powinienem nimi gardzić za sam fakt istnienia. Ech. Potem już nie było ludzi.

Pola, łąki, ścierniska, pastwiska - nie powiem, urozmaicona trasa
Jaki kraj, takie lembasy
Landszafcik
Pierwsza część wycieczki przebiegła dość spokojnie, żeby nie rzec – nudno. Taki tam podmiejski spacerek. Ciekawie zaczęło się robić na skraju jeziora. Tam oficjalny szlak się skończył, a ja stanąłem  przed wyborem – asfalt albo na szagę przez pola…. Tak oto po chwil przebijałem się przez łany zachwaszczonej, kładącej się pokotem pszenicy. Tam jakiś jelonek pomknął w podskokach, tu czerwienią się maki i niebieszczą chabry,  z linii przesyłowych średniego napięcia świergoliły jakieś ptaszki – słowem: sielanka duńskiego countryside’u. Szło się całkiem przyjemnie, starałem się jakoś szczególnie nie psuć plonów i zastanawiałem się tylko, czy lokalni rolnicy najpierw strzelają, czy też gonią z widłami.

Jakieś dziwne te ich krowy
Jak cię pokopie, zawsze możesz zadzwonić ze skargą

Konie też się zdarzały
Wędrówkę urozmaicały krowy. I pastwiska. Jest ich tu pełno, szczelnie otaczają prawie całe jezioro, a każde jest obwiedzione pastuchem elektrycznym. Druty ciągną się dosłownie kilometrami i praktycznie wszystkie są podłączone pod napięcie [sprawdzałem]. Szczególnie zabawne jest to w momencie, kiedy w celu skrócenia sobie drogi przeskakujesz taki płot i krok w spodniach masz na wysokości przewodu… Ten głód adrenaliny kiedyś mnie zabije. 

Owszem, ptaków sporo, ale tak się kończyły próby zrobienia im zdjęcia z 200 metrów

Znajdź jelonka na zdjęciu
Ciekawostka zoologiczna - dwunożna fretkolama
Po przejściu północnego, rolniczego brzegu dotarłem do cywilizowanej ścieżki zamykającej jezioro od wschodu i bez większych atrakcji skończyłem okrążenie. Horsens oglądane od tej strony sprawia wrażenie jakiejś śródlądowej mieściny otoczonej polami i łąkami, ale to tylko jedno z jego obliczy. Kilka kilometrów na południe mamy już fiord, morski wiatr i krzyk mew. Ogólnie rzecz biorąc wycieczka udana. Trudno mówić tu o "wyrwaniu się z miejskiego zgiełku", ale przyjemnie było sobie połazić po polach.
Na kolejny łikęd planuję okrążyć inne horseńskie jezioro i może wyrwać się gdzieś dalej poza miasto. Jak na razie, lista miejsc „musisz zobaczyć” w Danii tylko się wydłuża i zaczynam się coraz bardziej nakręcać na poznanie tego kraju od tej „dzikiej” strony.

Kret-marzyciel na koniec

1 komentarz:

  1. Masz talent! Inny człowiek powiedziałby "chodziłem po polach", a Twoje wynurzenia i obserwacje czyta się jak powieść przygodową! No i zdjęcia - niezwykle malownicze. Pozdrowienia dla wikingów!

    OdpowiedzUsuń