poniedziałek, 21 września 2015

Wilcy!

Skandinavisk Dyrepark Djursland to zwierzyniec gromadzący stworzenia żyjące [pierwotnie] w Skandynawii, czyli można by rzec: „lokalne”. Jednak dla większości Duńczyków są one równie egzotyczne co fauna Afryki, ponieważ w kraju tym dawno już znikła większość gatunków dużych zwierząt, wybita przez ludzi lub zmiany klimatyczne. Nie ukrywając, że stwory z tej części świata [wilki] są mi bliższe od strusi, słoni i innych cudaków, zaznaczyłem Dyrepark jako obowiązkowy element cyklu turystyczno-krajoznawczego „Denmark Wild”. 


Wstęp do tego przybytku kosztował mnie równowartość 17 butelek kakała, jednak uznałem to za konieczne poświęcenie i splunąłem na odzywający się wyrzut portfelosumienia. Ludzi ogółem sporo, choć parking zastawiony może w 15% - strach pomyśleć, co tu się dzieje w pełni sezonu. Na pierwszy ogień poszły renifery – takie śmieszne, małe. Nie wiem, czy nie urosły jeszcze, czy należny im to rozmiar. Rogi w każdym razie miały urocze, pluszowe jakby. Dalej zagroda węży z jedną biedną żmijką i wylinką, boks z fretkami bez fretek… Wtem! Oczom mym ukazuje się drogowskaz „Ulvepark”...




Przed bramą znajdowało się parę tablic informacyjnych, które dla zasady przeczytałem [było coś po angielsku nawet] i dowiedziałem się o powrocie wilka do Danii – okazuje się, że gatunek ten zaczyna ponownie zasiedlać Krainę Wikingów [po uśmierceniu ostatniego osobnika w 1813 roku] migrując z Germanii i Polski naszej… Pocieszające, że tytuł bloga można odnieść do rzeczywistości. Ale co tam tablice, zaraz spotkam żywe wilki! Po krótkim przejściu przez las separujący wybieg od głównej alei byłem już na miejscu… tak, tam szło coś szarego! I tu, kolejne! O, jeszcze jeden! I tamten! One. Wilki. Były. 




Smukłe, dostojne, wspaniałe. Tak podobne i tak różne od znanych nam psów. Poruszały się z niezwykłą lekkością, po tym sprężystym kroku widać było, że to urodzeni długodystansowi łowcy. Z ich sylwetek, postawy i spojrzeń wyłaniał się ten niesamowity pierwiastek „wilczości”. Po prostu piękne. Ech. Trudno opisywać słowami [może to i lepiej, bo powstałby tu referat na tuzin stron co najmniej] ten zachwyt, waliłem zdjęcie po zdjęciu i patrzyłem się urzeczony. Zaskoczyła mnie nieco ich sierść, bardziej płoworuda niż szara. Wataha liczyła 5 sztuk, z czego szybko dało się wyłowić parę alfa. Samiec wyróżniał się, nie tylko postawą, ale i umaszczeniem – to ten najbardziej szary. Początkowo ułożyły się bardzo fotogenicznie na centralnym wzgórzu. Spóźniłem się może 20 minut na porę karmienia, trafiłem więc na poobiednią sjestę. Pałętały się leniwie, pogryzając gnaty [nacisk szczęk dorosłego wilka dwukrotnie przekracza możliwości psów] i popijając wodę z bajorka. Na ludzi zwracały umiarkowaną, rzekłbym - nikłą uwagę. Do czasu: kiedy na kładce pojawiła się poruszająca się z pomocą balkonika starsza kobieta, wilki zareagowały. Początkowo jeden, jakby z niepokojem obserwował jej ruchy, inne od zwykłego ludzkiego chodzenia. Po jakiejś chwili dołączyło do niego stado, zaczęło okrążać i odprowadzać… ofiarę? Może powody tego zainteresowania były inne, ale wyglądało to, jakby instynktownie skupiały się na najsłabszych osobnikach. Przemawiało to do wyobraźni i przypominało pierwotną relację wilk-człowiek. Parę wieków temu, to na widok watahy czyniłbym ostatni rachunek sumienia zamiast kontestować dzikie piękno.




Wcześniej widziałem wilki tylko raz w życiu, we wrocławskim zoo. I choć tutaj miały znacznie więcej terenu, to nadal zakrawało to na kpinę – 1,5 ha wobec dziesiątek kilometrów kwadratowych, jakie liczą ich tereny łowieckie na wolności? Karmione regularnie przez ludzkich opiekunów? Zwierzę-symbol nieskrępowanej dzikości i wolności trzymany w zoo? Tak, wiem, że gdyby nie trzymanie  wilków w tego typu parkach, to pewnie bym ich nigdy nie zobaczył i nie miał się czym zachwycać, jest to element troski o gatunek, a te osobniki nie znają innego życia… ale patrząc na elektryczny pastuch zabezpieczający kładkę zgrzytałem zębami. Mimo wszystko to cholernie smutny i jakby… niewłaściwy widok.



Dobra, inne zwierzki też tam były, opowiedzmy i o nich.

Na dużych otwartych przestrzeniach pasły się mnogo daniele zwyczajne – takie większe, łaciate sarenki. Przechodziło się praktycznie między nimi, a zwierzaki przyzwyczajone do karmienia [można było wykupić woreczek oficjalnej licencjonowanej paszy dla kopytnych], bezpardonowo otaczały zwiedzających. Przyznam, że patrzyłem na nie nieco łakomie, bo podpasione były elegancko. Zahaczyłem o małą kwaterę lisów polarnych [których połowa była czarna], po czym minąłem zagrodę rozbrzmiewającą pochrumkiwaniem i woniejącą dość przykro, znaczy z dzikami. Też całkiem dorodnymi. 




Nasi!
Za chwilę miało się zaczynać karmienie niedźwiedzi polarnych na drugim końcu parku, pognałem więc do sporego wybiegu, na którym grzecznie czekała już czwórka przedstawicieli rodziny ursidae. Wielkie były. I spasione. Zasiadłem na trybunach pośród tłumku żądnych wrażeń widzów i wysłuchałem rzeczowej, i zapewne niezwykle ciekawej prezentacji, przedstawianej jednak po duńsku. Przynajmniej pooglądałem, jak te półtonowe brudnobiałe kloce zrywają się z podziwu godną sprawnością na rzucane im kawały mięsa. Następnie zaczęła się druga część przedstawienia, podczas której można było podziwiać grację, z jaką stworzenia te przemieszczają się w wodzie, goniąc za rzucanymi jabłkami. Pływanie zwykle, na grzbiecie, nurkowanie w stylu dowolnym, skoki, zawisanie w miejscu… Jeden z niedźwiedzi okazał się istnym charakternikiem, podpływając pod pomost i ruchem wielkiej łapy ochlapując zaskoczonych ludzi 2 metry wyżej.








Potem były łosie, niestety o tej porze pozbawione łopat, za to z dwójką pociesznych cielaków trzymających się matki. To dopiero był pokaz łosiej pokraczności. Zajrzałem jeszcze do wołów piżmowych i udałem się na tereny naszych swojskich niedźwiedzi brunatnych, a było ich całkiem liczne stadko. Stworzono im dość urozmaicone siedlisko, z wodą, wodospadem, górkami i żelbetowymi jamami. Dwójka młodzieniaszków tłukła się w wodzie, starsza część rodziny spoczywała w wydumanych pozycjach na sztucznych skałach, a dwa inne dzieciaki zabawiały człowieków siedząc i wdzięcząc się tuż przed kładką. Moją uwagę zwróciły oczy – jakoś zawsze ginęły mi w ogólnej misiowatości niedźwiedzi, ale kiedy przyjrzeć się im dokładniej, to widać pewną inteligencję i charakter tych stworów. Jedno z fajniejszych miejsc w parku.







Kolejnym - i ostatnim - pokazem na który się  załapałem, było karmienie orłów, a właściwie – bielików olbrzymich . Sama „kwatera” wyglądała imponująco, ponieważ siatkę rozciągnięto do rozmiarów zamkniętej „hali” o wymiarach 60x60x12m, ptaki mogły więc rozprostować skrzydła. Wsadzono tam parę suchych drzew, płytką sadzawkę i… siedzenia, spektakl więc można było obserwować z wewnątrz. Znowu była to niemożliwa do zrozumienia pogadanka przerywana rzucaniem karmy – pływających cosiów z przyczepionymi kawałkami mięsa. Bielik wyławiał zdobycz z powierzchni wody lotem koszącym i konsumował ją na gałęzi, co robiło naprawdę duże wrażenie – zwłaszcza przy rozpiętości skrzydeł przekraczającej 2m…





Godzina zamknięcia przybliżała się nieubłaganie, odwiedziłem więc jeszcze szkielet mamuta, sklepik z pamiątkami [a tam chociażby pluszowy wilk rozmiarów cielęcia] i… wróciłem do wilków. Po prostu usiadłem sobie i obserwowałem. No ech. I tyle by było z tej wizyty, ze wszech miar udanej. Skoro zobaczyłem już ponoć jeden z lepszych wilczych wybiegów w Europie, kolejnym krokiem będzie ujrzenie ich na wolności…
Znaczy pieprzyć wszystko i jechać w Bieszczady.
Jak już wrócę.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz