poniedziałek, 14 września 2015

Autostopowo

Przyszedł czas ruszyć w Danię. Pogoda zapowiadała się względnie dobra [ale prognozami tu się przecież nie przejmujemy], dość już się nasiedziałem w Horsens, a lista miejsc do zwiedzenia na Ziemi Wikingów jak na razie tylko się wydłużała. Na pierwszy ogień poszedł Skandinavisk Dyrepark Djursland - taki zwierzyniec z pierwotną fauną Skandynawii. A w niej - wilki. Więcej powodów nie potrzeba.
Oczywista sprawa, z płatnego transportu korzystać nie wypada [no jakże to tak!], nie opłaca się [serio, komunikacja publiczna jest dziadowsko droga] i wogle [park leży na takim wygwiździewie, że bez przesiadek by się nie obyło]. Pora więc było sprawdzić, czy da się tutaj podróżować na stopa – park odległy jest o jakieś 100 km, dystans akurat na sprawdzenie potencjału duńskich kierowców. Według autostopowej wikipedii ponoć jakiś jest, pozwoliłem więc sobie na ostrożną nadzieję.

Świt w Mieście Duchów
Sobota, 6:00. Cztery godziny do otwarcia parku. Pobudka. To niesamowite, że na akcję jestem wstanie wstać w łikęd o najdzikszej porze, a problemem jest zwleczenie się na zajęcia o 10. Cuda motywacji. Koło siódmej wyruszyłem prosto w wymarłe miasto. Parę samochodów, kilka zbłąkanych dusz i pomarańczowozłote słońce wschodzące nad opustoszałymi ulicami. Duch Przygody unosił się w powietrzu, szedłem więc z werwą w stronę znalezionego wcześniej punktu startowego. Na jednej z dróg wylotowych położona była przyjemna zatoczka, adekwatne miejsce do łapania okazji. Doszedłem, nasmarowałem tabliczkę i zaczynam machać. Cóż, ruch nadal nie był zbyt intensywny, ale stało się przyjemnie. 10 minut. 20. 30… no, zapowiada się ciężej niż w Polsce… ale jest, pierwszy mój stop w Danii! Mała Toyota, w środku młoda kobieta jadąca do Aarhus – po drodze, ładuję się. Ciekawe, bo z moich doświadczeń niewiasty rzadko „biorą”, zwłaszcza te jadące samotnie. Okazała się być Litwinką mieszkającą tu od 5 lat. Takie tam gadu gadu, podziwiam okolice i zapytałem ją o wrażenia z kontaktów z tubylcami. Usłyszałem, że są mili, ale w gruncie rzeczy nie lubią obcokrajowców, ich język brzmi jak mówienie z kartoflem w ustach, oraz że mają brzydkie kobiety. Hem.

Obrazek z innej wyprawy, ale nada się jako przerywnik
Miałem zamiar trzymać się autostrady, więc wysiadłem na zjeździe drogi odbijającej do Aarhus. Po krótkiej chwili uznałem to za beznadziejną głupotę. Liczyłem na kulturny węzeł komunikacyjny z wolnobieżnymi drogami dołączającymi do szosy szybkiego ruchu, na których elegancko da się łapać – a tu mam autostradę i odbijającą od niej mniejszą autostradę. Bez dojazdów w kierunku mojej podróży. Damn. Aż mi głupio było zacząć machać na samochody i tiry zapierdzielające 120 na godzinę. Wezmą mnie za idiotę, wstyd całemu rodzajowi autostopowemu przyniosę, no i utknę tu na pół dnia co najmniej. Zachciało się przygód „doświadczonemu podróżnikowi”, taa… Po półgodzinie bezowocnego marźnięcia w towarzystwie tego typu myśli uznałem, że warto by chociaż dojechać do tego Aarhus, więc zlazłem na zjazd. Ok, tu jadą już tylko 110 km/h. Ale po jakichś dziesięciu minutach słyszę klakson – obracam się błyskawicznie i widzę samochód… jakieś 400 metrów dalej. A ten włącza wsteczny i cofa poboczem! Huzia, pognałem chyżo i wtarabaniłem się Duńczykowi w starszym wieku średnim do jego Peugeota. Po angilsku szło mu tak sobie, [w odniesieniu do lokalnego poziomu znajomości tego języka oznaczało to możliwość satysfakcjonującej komunikacji], ale ustaliliśmy jakoś, że podrzuci mnie w okolice dworca, z którego kursują autobusy na lotnisko.
Czytelność +8

Zajeżdżamy pod przystanek, a tam już czeka na mnie podstawiona Niebieska Szczała z „Airport” na wyświetlaczu – no, powinno się udać dotrzeć na miejsce całkiem szybko. Wesoło wskakuję do środka, proszę o bilet i słyszę: 100 koron. Zmroziło mnie. A ich pogrzało chyba! Damn, wuj z tym, byle do przodu – szybka decyzja, wyciągam kartę, bo terminal w pojeździe jest, a jakże… jednak mojej karty nie obsłuży. Pomocny Pan Kierowca pokazał mi bankomat na ścianie 10 metrów dalej. Dystans ten wystarczył, bym otrzeźwiał i zmienił zdanie. Ja nie dam rady dojechać za darmo? Cóż, pół godziny później już tak myślałem. Robiło się coraz później, błąkałem się po samym centrum miasta i musiałem siku [publiczne darmowe automatyczne toalety w Aarhus to temat na osobną powieść grozy]. Ech, no to może chociaż miasto zwiedzę, ponoć jest całkiem spoko… ale co ja napiszę na blogu? Wyruszyłem w dzicz, a skończyłem w okowach cywilizacji? A mogłem pojechać autobusem… Wzdech. No dobra, spróbujmy przebić się na jakąś drogę wylotową, choć mapa twierdzi, że obszar zabudowany ciągnie się chyba jeszcze 10 km. Tyryryry. Przebiłem się na główniejszą drogę 2-3 klocki od centrum i znalazłem jakąś zatoczkę. Nie bardzo to widzę, ale co mi szkodzi. Postoję sobie do 10 [czyli jeszcze jakieś 25 minut], jak nic nie złapię, zostanę w mieście. Cóż, tu przynajmniej jadą pięćdziesiątką. Zatrzymała się przy mnie starsza para na motorze [zdarzyło mi się tak jechać na stopa, ale na trzeciego…?], by wyjaśnić mi, że już jestem w Aarhus. Faktycznie, dopisek „airport" na moim kartonie był nieco mikry i nawet namalowany samolot mógł nie być wystarczającą wskazówką. Podziękowałem, poprawiłem, zrezygnowany macham dalej. Wtem, 5 minut do deadline’u przed moimi oczami zawraca jakiś Hyundai i staje! Hurej!

Ach ten dobrobyt - nawet walającego się amelinium nie ukradną
Okazało się, że ten przemiły tubylec minął mnie i moją tabliczkę, ale za późno dojrzał napis, wobec czego specjalnie zawrócił i cofnął się. Woah. Ujął mnie swą dobrocią, nie powiem. Wyjaśnił, że w młodości sam podróżował na stopa po Europie – fakt, starzy autostopowicze zawsze chętniej biorą. Ale to jeszcze nie koniec! Jechał do swojej daczy [„summer house” okazuje się być całkiem popularną ideą wśród mieszkańców większych miast] by popracować nad zielenią. Po południu musiał wracać, bo miał mieć w domu gości, więc podsumował ze śmiechem „praca cały tydzień, a potem… też praca”. Mimo tego, człowiek ten uznał, że nie wywali mnie na rozwidleniu kilka kilometrów od lotniska, w którym odbijała droga do jego chatki. Powiedział, że zabierze mnie na dogodniejsze miejsce, z którego do parku była już prosta droga… a potem zawiózł mnie prosto na miejsce. Damn, facet nadłożył dla mnie 20 km i to w sytuacji, kiedy nie miał nadmiaru czasu. Stawiam tu pomnik Anonimowemu Dobremu Duńskiemu Kierowcy.

Upragniony cel podróży już w zasięgu ręki [nogi]
A w parku… ech. W tygodniu wstawię przeznaczony na to osobny post, bo jak wrzucę tutaj milion zdjęć wilków, to nie przebrniecie. Ale dodam coś na zachętę.

Ech...
Dokończmy więc historie autostopowe.
Godzina 16:00. Park zamyka swoje podwoje. Trzeba teraz jakoś wrócić… Do głównej drogi pięć kilometrów, których iść mi się nie chce, przyznam. Naskrobałem więc na kartonie dumne „Horsens” i stanąłem na wyjeździe ze zwierzyńca – a nuż ktoś inny też przyjechał stamtąd.  Problem w tym, że większość zwiedzających to rodziny z dziećmi, wobec czego samochody wypełnione są po brzegi. Mijają mnie po kolei odjeżdżając w dal, a ja coraz bardziej skłaniam się ku pójścia na piechotę. Ale jak to bywa w tych moich przygodach, jeden chyba z ostatnich pojazdów zatrzymuje się. Kobieta ze swoją pociechą, jedzie w przeciwnym kierunku, ale „sprawdzimy na mapie”. Ok, może mnie podwieźć do wjazdu na autostradę. Wprawdzie wydłuży to moją trasę, ale co tam, pozwiedzam. Może tym razem na hajłeju nie będzie tak źle, o ile znajdę normalny dojazd. Prawo Niespodzianki znów zadziałało - zostając dłużej w tym samochodzie zyskałem znacznie więcej niż tylko widoki – Anna [bo tak się zwała ta białogłowa i tak, też jeździła na stopa za młodu] okazała się być przewodnikiem. Takim krajoznawczym. Przez pół godziny podróży sprzedała mi kilka nowych pomysłów na odludne i warte odwiedzenia miejsca z informacją o tym, gdzie dostać mapę, spać, jak iść… a na koniec zapisała mi to wszystko w notatniczku dorzucając swój numer i adres mailowy. Żebym zadzwonił jak będę wyruszał w jedno miejsce, to ona on od swojego znajomego dowie się co trzeba o tamtejszych szlakach i miejscach noclegowych. Kiedy wysiadałem, dziękując i żegnając się nieporadnie, byłem w lekkiej euforii. Czułem zew szlaku i przygody.

"The Road goes ever on and on..."
Machałem radośnie stojąc sobie na zjeździe na autostradę może 10 minut, kiedy złapałem kolejną okazję. Też kobieta, też nie do Horsens, ale podrzuci. Dowiedziałem się, że w marcu chyba leci ze swoją rodziną do krewnych w Kalifornii, co wyemigrowali tam dawno temu. Sympatyczna babka. Wysiadłem na potężnym węźle koło Aarhus – wjazdów, zjazdów, rozjazdów, wyjazdów i przejazdów było tu od groma i pierwsze 20 minut sterczałem na tej nie do końca właściwej drodze. Kierunek dobry, ale była to najmniej uczęszczana odnoga.  Nie żałowałem, widoki były zacne – powoli zbliżał się zmierzch, a pagórki przecinane wstęgami szos wyglądały bardzo malowniczo. Na horyzoncie zabudowania miasta, jakieś dźwigi… tylko gwiździło cosik. Kiedy w końcu ustawiłem się na tym dojeździe co trzeba, na mały ruch nie mogłem narzekać. W pewnym momencie zaszła mnie i zagadała od tyłu jakaś dziewczyna – patrzę spłoszony dookoła: skąd ona się wzięła, nie widzę żadnego stojącego samochodu? Widać duńscy kierowcy podejmują decyzje z małym opóźnieniem i zatrzymywanie się setki metrów za autostopowiczem to nic niezwykłego. Jednak sam fakt, że wysiadła i pofatygowała się by przejść taki kawałek budził moje zdziwienie i podziw. Serio, przez lata [brzmi to dumniej, niż rzeczywiście wyglądało] jeżdżenia po Polsce nie spotkałem się z taką uprzejmością. Miła niewiasta [angielski: komunikatywny] okazała się być pasażerką i C[órką], prowadziła jej M[atka] [angielski: brak]. Po drodze byłem informowany np. o fakcie, że trwa właśnie rodzinna dyskusja, ponieważ C spędza Święta z mężem np. w Egipcie, co nie podobało się M. Ok. Najpierw zajechaliśmy do którejś z okolicznych wiosek, aby tam wysadzić M i przesiąść się w samochód C jadący bezpośrednio do Horsens. Zagadałem C, co może w Danii polecić i dostałem cynk o kolejnych kilku ciekawych punktach, które skwapliwie zanotowałem. Na koniec, w ramach wycieczki krajoznawczej zostałem powieziony dookoła jeziora Bygholm [na którego obejście już wcześniej się nakręcałem]. Tak o, po prostu. Dojeżdżając do centrum minęliśmy paradującą środkiem ulicy, w pełni odpicowaną orkiestrę młodzieżową [tak, byli ubrani w te cudaczne mundurki rodem z wojen napoleońskich]. Zostałem wysadzony pod akademikiem.
Ten kraj i jego mieszkańcy nie przestają mnie zadziwiać.  

Zmierzch w Mieście Duchów
Pochopne wnioski z pierwszej podróży po Danii:

  • jak to dobrze, że praktycznie z każdym Duńczykiem dogadasz się po angielsku;
  • może stop nie jest tu już tak popularny jak „kiedyś”, ale ludzie są cholernie pomocni;
  • kobiety nie boją się brać na stopa [nawet jak ktoś wygląda jak ja] - zaufanie ogólnospołeczne musi być tu naprawdę wysokie;
  • Dania to głównie pagórki i pola. Ma swój urok;
  • jak podróżować po Krainie Wikingów, to tylko na stopa.
W ten dzień przeżyłem to, czego właśnie szukam.
Wędrówkę.
Przygodę.
Nieznane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz