poniedziałek, 5 października 2015

Nieprzygoda



Łikęd – znaczy pora podbijać Krainę Wikingów. Posuwając się wzdłuż wschodniego wybrzeża Jutlandii „do góry”, kolejnym logicznym punktem jest Skagen. Koniec świata, najbardziej wysunięty na północ wpierdek, miejsce spotkania Bałtyku z Morzem Północnym. Ponoć niezwykle urokliwe miejsce z czołówki duńskiego „zobacz koniecznie”. To będzie opowieść o tym, jak tam nie dotarłem...


Pierwszy błąd popełniłem pozwalając sobie spać do 10. W końcu sobota, co się będę fatygował wcześniej, mam cały dzień na dotarcie… Zebrałem się po 11 i poczłapałem na stały punkt łapania. Dziwnie było ruszać o „normalnej” porze, kiedy miasto już nie spało. Stanowczo brakowało wagabundzkiego klimatu. Stanąłem z kartonem w swojej ulubionej zatoczce i wyciągnąłem rękę z kciukiem. Szok i niedowierzanie – już po 5 minutach coś się zatrzymało! Wprawdzie tylko do wjazdu na autostradę 2 km dalej, ale autostopowe endorfiny już się wydzieliły. Damn, zapowiadał się niezły dzień. Ledwo zdążyłem się ustawić na zjeździe, a tu kolejny pojazd hamuje! I to do Aalborga od razu, ponad połowa trasy. Hej, tym tempie to będę na miejscu w try miga. Podróż minęła sprawnie, więcej przysypiałem niż rozmawiałem z kierowcą – gadatliwy nie był, nie wadziło mi to. W końcu dojechaliśmy do miasta, wysiadłem z auta nieco po 13… i nie wyrwałem się z tego cholernego miejsca przez kolejne 20 godzin.


Facet wysadził mnie na końcu autostradowej odnogi wnikającej do miasta z informacją, że drugim pasem mogę wrócić na trasę. Fajnie, tylko że to był zjazd jednokierunkowy i z tego miejsca mógłbym łapać tylko coś jadącego z powrotem. Nic to, przejdziemy się kawałek. Okolice niezbyt interesujące, takie tam suburbia. Kolejny zjazd na trasę szybkiego ruchu – żadnej zatoczki, ruch taki sobie, lepiej poszukam dalej. Ten schemat powtórzył się kilka razy, aż wylądowałem na samej autostradzie. Coś słyszałem, że ponoć nielegalne jest łapanie stopa na takich drogach w Danii… ok, stanę za barierką, co by pozory bezpieczeństwa zachować. Zatoczka jest, za nią tunel - wyglądał ciekawie. Samochody zapierdzielają koło setki – będzie ciężko, ale powinno się dać radę coś złapać. Faktycznie, udało się coś złapać. A tak właściwie, to ja dałem się złapać. W pewnym momencie stanął bowiem przede mną lśniący bielą VW Passat z dumnym napisem POLITI. No, super.
Zwinęli mnie.

Na szczęście, pan policjant [brodaty, ryży i wytatuowany – bardziej widziałbym go na drakkarze niż w mundurze] i pani policjantka [skandynawski blond, niebrzydka - przyznam] byli bardzo mili i wyrozumiali dla biednego zagranicznego studenta wyrażającego niezmierne zdziwienie wobec wiadomości, że zabronione jest łażenie po autostradach. Skończyło się na przewiezieniu mnie kawałek dalej do miejsca, gdzie mogłem już legalnie stanąć i łapać. Zawsze marzyłem o jechaniu na stopa radiowozem [mamo, teraz nie czytaj] – powinienem wyrazić skruchę, ale było fajnie.


Dobra, po takich przeżyciach zasłużyłem na batonika. Zaopatrzony w węglowodany w pobliskim markecie raźno polazłem na upatrzony przystanek. Zatoczka tuż za skrzyżowaniem, elegancko położna przy szosie wiodącej do drogi szybkiego ruchu. W prawdzie kawałek dalej był zjazd w kierunku powrotnym, ale nie w takich miejscach się już łapało. Do boju. Kwadrans. Pół godziny. Mogło by coś już wziąć. Godzina. Ech, no długo coś… o proszę, jakiś młodzian mi tu zajechał. Nie jedzie do Skagen, ale może mi pomóc dotrzeć do Frederikshavn. Za marne 400 koron. Słowem: czterysta. Uprzejmie podziękowałem za ten akt dobrej woli i spytałem się, patrząc za odjeżdżającym samochodem: czy aby go nie pohymhymhym. Z taką chęcią niesienia pomocy to się jeszcze nie spotkałem, japierdzielę. Chciałby zarobić na mnie huncwot – takiego wała, zaraz pokażę tym duńskim zdziercom, jak się podróżuje za jeden uśmiech! Więc stałem dalej… Druga godzina. W międzyczasie zatrzymała się Mazda, próbująca ratować honor marki*, ale jechała w inną stronę. Cholera, jest ciężko. I zimno. Wybrałem się do pobliskiego Makdonalda na regeneracyjnego czizburgera i chwilę w ciepełku, po czym z nowymi siłami wróciłem do swojej zatoczki. Damy radę. Chociaż do tego Frederikshavn, do Skagen jutro sobie dotrę. Coś się przecież w końcu zatrzyma…
 

Nie zatrzymało. Trzy godziny marznięcia na wietrze i nic. Była już chyba 18. Morale – zdruzgotane. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja, biedny, utknąłem w tym pieprzonym Aalborgu na noc. Byłem gotowy na nocleg w najgłębszej dziczy, ale w mieście?! Istna zgroza, gdzie ja się tu podzieję? Gdzie ognisko rozpalę, śpiwór rozścielę…? Miałem w końcu swoją Przygodę – taką, której się nie spodziewasz i której nie chcesz. Fajnie jest wychodzić z najgorszych sytuacji i czuć się wielce przygodowym podróżnikiem, kiedy wszystko się jakoś udaje. Przyszła pora na uświadomienie sobie pewnego oczywistego faktu, że czasem się po prostu… nie udaje.



Miejsce mego spoczynku.
 Idąc na czuja w kierunku centrum czułem taki zawód i gorycz, jakby mnie co najmniej napadnięto, ograbiono i zgwałcono. Wzdech. Obszedłem jakiś staw, licząc w naiwności i desperacji na czekające miejsce noclegowo-ogniskowe. Rzecz jasna, nic takiego nie znalazłem. Szedłem więc dalej bez żadnego pomysłu, zza horyzontu wyłaniał się księżyc [a było to tuż przed superpełnią] i przypominał, że miałem go dziś oglądać z jakiegoś dzikiego zakątka. Wlokąc się ulicami i rozglądając za jakimiś gościnnymi krzakami, dotarabaniłem się do terenów portowych. No, może chociaż sobie pooglądam ciekawe miejsca. Hym, obszary już co najmniej bezludne… nieco dalej jakaś mała przystań. Budynki, damn. Ale chyba nikogo nie ma. Pójdę jeszcze kawałek za te zarośla. O, ławka, grill i widok na miasto po drugiej stronie zalewu. Trawka ładnie wystrzyżona, więc niestety teren cywilizowany, ale dobra – na razie zatrzymam się jak gdyby nigdy nic. Cisza i spokój. Zachęcony tym stanem pozbierałem gałązki do znaleźnego wiaderka i rozpaliłem mały ogień w grillu. Pełna kultura, może nie będzie jednak tak źle. Zaraz będę miał ciepłą herbatkę… gdy wtem słyszę odgłos silnika i trzask samochodowych drzwi! Nakryli mnie! Cholera - gaszę chybcikiem płomień, może się nie połapią. Szlag, dymi jak głupie. Głosy ludzkie z okolic zabudowań, ale ode mnie nic nie było widać. Słychać jeszcze… strzały? Ktoś tam napierdziela z wiatrówki! Fak! No, bomba, zaraz zostanę zastrzelony jak jakiś złodziej… Dobra, nie panikujmy. Słychać było jakiegoś dzieciaka, może to jednak nie mafia/ochrona/wędkarska bojówka. Skitrałem plecak w krzakach dla niepoznaki i czekam. Może sobie po prostu pójdą… Gdy znienacka pojawił się za mną człowiek z psem, wyraźnie zaskoczony moim widokiem. Burknął coś po duńsku, ja burknąłem coś po angielsku i… poszedł sobie. Trzasnęły drzwi, opony zachrzęściły na żwirze i tyle. Hem. Nie wiem, co tu właściwie zaszło, ale zapowiadała się jednak spokojna noc. Zagotowałem wodę, wypiłem herbatkę i zagryzłem kolacją. Księżyc lśnił jasno, na drugim brzegu błyszczały światła wielkiego miasta, z daleka dobiegały odgłosy cywilizacji, a ja kładłem się spać na ogrodowej ławce niczym kloszard. Mimo wszystko – podobało mi się.




O szóstej rano zbudziła mnie dwójka rybaków wyruszająca z przystani na połów. Szczęściem, popłynęli w drugą stroną i nieniepokojony mogłem się ogarnąć w półświetle nadchodzącego świtu. Po wyjściu ze śpiwora gwiździło jak cholera [przed wyjściem nieco mniej], ale widoki warte były marznięcia. Ta pora między nocą a dniem zawsze mnie zachwyca - świat jest w tedy taki odrealniony. Zanim wzejdzie słońce rzeczywistość wydaje się być nieco odleglejsza.
No dobra, teraz trzeba jakoś wrócić. Idąc przez centrum Aalborga o 7 rano mijałem widoki klasyczne wręcz: biegający emeryci i pijani studenci. Robiło się coraz cieplej, ruch na ulicach nieco się zwiększał, może dzisiaj jakoś pójdzie. Przeszedłem parę kilometrów, odświeżyłem się na stacji benzynowej i byłem gotów do drogi. Według mapy powinno to być odpowiednie miejsce. Nie było. Skrzyżowanie, zatoczka i rozjazd. To samo co wczoraj. Trudno, łapiemy. Po kilkunastu bezowocnych minutach ruch nadal był mizerny, postanowiłem więc wrócić do punktu, gdzie zaczęło się moje rande wu  z Allborgiem. Przemaszerowałem kolejnych kilka kilometrów i stanąłem przy kolejnej zatoczce. Za skrzyżowaniem. Przed rozjazdem. Przeklęte miasto! Toż to nie idzie się z niego wydostać! Dzień zapowiadał się piękny, wręcz kpiąc sobie ze mnie – zamiast odwiedzać najpiękniejsze miejsca w Danii spędzałem łikęd w tej cholernej autostopowej czarnej dziurze. Jak tak dalej pójdzie, przyjdzie mi wrócić pociągiem… Klęska, sromota i poruta. Nie dość, że zhańbiony honor autostopowicza, to jeszcze uszczuplony poważnie portfel. Po prawie godzinie straciłem zupełnie chęć do machania, chciało mi się już rzucić to wszystko i znaleźć stację kolejową. Dałem sobie kwadrans. I jednak udało się. Ktoś się zatrzymał.

Ironia po duńsku: spędzasz noc na ławce, by potem odkryć, że w tym mieście materace leżą dosłownie na ulicy.
Mój zbawca wywożący mnie z otchłani rozpaczy nazywał się Mohamed. Mieszkał w Danii od lat wielu, pochodził z Syrii – spytał się mnie, czy kojarzę kraj. Cóż, trudno nie kojarzyć, kiedy milion jego pobratymców aktualnie najeżdża Europę. Zachowywał się on, rzekłbym, dość klasycznie jak na swe pochodzenie** – pytał uprzejmie o rodzinę, popatrywał na mnie spojrzeniem, którego nie rozumiałem i raczej umiarkowanie trzymał się pasów ruchu. Z głośników poleciały jakieś bliskowschodnie bity, a właściwie salemaleikumowe zawodzenie a’capella. W tej atmosferze dotarłem do zjazdu na znane mi już Hobro, gdzie zostałem zapewniony o tym, żem zawsze mile widziany w Aalborgu i wogle, oraz dowiedziałem się dwóch ciekawych faktów: 1. Mohamed był instruktorem nauki jazdy. 2. Zapuszczone mi śpiewy były niczym innym jak recytacją Koranu. Teraz mogę śmiało rzec: padłem ofiarą islamizacji! Skutków wprawdzie nie odczuwam, ale w aktualnej dyskusji o muzułmańskich imigrantach mogę się już wypowiadać jako uciśniony Europejczyk.

Miasto przeklęte, ale momentami nawet ładne.
Kolejne okazje nie wyróżniły się już niczym szczególnym i spokojnie dotarłem do punktu wyjścia, nieco ponad dobę od wyruszenia. Wysterczałem się z uniesioną ręką długie godziny, przeszedłem parę załamań i spałem pod gołym niebem w miejskiej przystani. Przeżycia były, materiał na bloga zebrany, doświadczenie nabyte. Zobaczymy, ile nauczki z tego wyciągnę na przyszłe podróże…




*Wyjaśnię tu może, że co jakiś czas znajduję sobie kolejne autostopowe nemezis - model samochodu, którego kierowcy wybitnie nie chcą się zatrzymywać. Obrzucając ich inwektywami i pomstując urozmaicam sobie czas oczekiwania na okazję. Poprzednio był to Opel Insignia, teraz przyszła kolej na Mazdy 5 czy 6.

** Nie, żebym ulegał jakimś stereotypom. Byłem kiedyś w Maroku, więc czuję się upoważniony do posiadania opinii o bisurmanach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz