sobota, 24 października 2015

Koniec świata i Wybrzeże Bunkrów

Yych, i znowu pobudka o 6 rano w sobotę. Ciemno, pusto i wogle. Procedura opuszczania Horsens postępowała wedle ustalonego schematu – pakowanie, jedzenie, wymarsz na punkt przechwycenia. Kiedy jednak dotarłem do swojej zatoczki nie zatrzymałem się i polazłem dalej. Do wjazdu na autostradę miałem tylko 2 kilometry, a stamtąd wszyscy będą jechać w pożądanym przeze mnie kierunku. Po dłuższej chwili byłem już na miejscu i mogłem spokojnie kontestować piękno duńskich linii przesyłowych wysokiego napięcia. Samochody nie niepokoiły mnie zbytnio – przyznam, że ledwo co tamtędy jeździło. Nie do końca tego się spodziewałem. Generalnie naszło mnie jakieś zniechęcenie i zacząłem sam się pytać: po co ja się znowu gdzieś pcham? Zimno, chmurno, nic nie staje, może darować sobie kolejną niepewną przygodę i przejść tylko po okolicy… pograć na komputerze… [to jest ten moment, kiedy bohater zaczyna wątpić w sensowność swojej Misji i powodzenie wyprawy zawisa na włosku – wiadomo jak to się skończy, ale emocje muszą być] Marzłem więc i toczyłem bój z myślami, mijany przez kolejne pojazdy. 



Cóż, praw stopa nie da się oszukać – pół godziny musiało minąć i oto siedziałem w dostawczaku mknącym do Aarhus. Ciekawe, że nigdy wcześniej nie udawało mi się złapać tego typu samochodów. Widać Wąsaty Pan Kierowca był wyjątkowy na tle swego gatunku, bo zjechał do miasta ostatnim możliwym zjazdem i wyrzucił mnie w najbardziej dogodnym punkcie. Porcja tubylczej życzliwości nastroiła mnie nieco pozytywniej i kolejne dwa kwadranse machałem już w lepszym nastroju. Dania widać przejęła się moim strapieniem na poważnie i zesłała mi kolejną okazję w postaci golfa III. Facet był z kategorii tych, co najpierw cię mijają dalszym pasem, a potem gorliwie manwerują i cofają na wstecznym. Miło. Ten pan jechał prosto do Aalborga – złowrogiego miasta, co mnie ostatnio więziło przez dobę prawie. Cóż, lekka adrenalina się pojawiła, nie powiem, jednak wkrótce zastąpiło ją zwykłe rozczarowanie. Zostałem wysadzony na całkiem dogodnym zjeździe odległym może o 3 km od miejsca, w którym utknąłem tydzień wcześniej. No cóż, będzie nauczka na przyszłość, by szukać punktów przechwycenia wytrwalej. Kolejne 30 minut spędziłem kontemplując rozsypane na ziemi ziemniaki i w końcu „pokonałem” fatum piekielnego Aalborga. Zabrany zostałem przez typowego przedstawiciela klasy robotniczej - miał nawet wąsy a’la polski majster. Przejechałem kilkanaście kilometrów i znalazłem się pośrodku przysłowiowego niczego. Damn. Jakaś lokalna droga między niewielkimi miejscowościami, z której na autostradę zjeżdżał może jeden samochód na 5 minut. Poczułem się nieco słabo, zwłaszcza że mapa nie podpowiadała sensownych rozwiązań tego impasu. Trudno, machamy. O ile coś jedzie. Koniec końców nie było tak źle, nie musiałem czekać nawet godziny. Powiozła mnie matka z dzieciakiem [kolejny przykład, że ludzie tu sobie ufają], który wygrał właśnie ze swoją drużyną jakiś mecz piłki nożnej 17 ligi. W bagażniku labrador.  W pewnym momencie chłopak wziął w swe dłonie pudełko ciastek i spojrzał na matkę pytająco. Ta wielkodusznie kiwnęła głową i dostałem herbatnika w czekoladzie. Kocham jeździć na stopa! 

Jakby Imperium miało mieć bazę morską, tak by wyglądała

Ot, katamaran wielkości sterowca


Za cholerę nie wiem co to, ale wyglądało fajnie.
Wysiadłem niewiele dalej, poczekałem, złapałem kolejną okazję [jakiś młody facet, a co ciekawe – ledwo szprechał po angielsku] i wylądowałem w Frederikshavn. Żeby cokolwiek wynieść z podróży poszlajałem się po okolicach portowych – całkiem spoko, mieli tam nawet marynarkę wojenną i jakąś platformę wyglądającą-prawie-jak-wiertnicza. Miasto nie było duże, więc dość sprawnie przedostałem się na drogę wylotową i złapałem ostatniego stopa w tym dniu. Znowu wiozła mnie matka z pociechą. Kobieta ta prezentowała dość popularną chyba w duńskim narodzie manierę potwierdzania każdego zdania rozmówcy kiwaniem głową i „ja ja”. Nieco wkurzające w mym odczuciu. Ale nic to, bo ledwie po 7 godzinach podróży dotarłem do celu. Skagen. Koniec Danii. Miejsce spotkania mórz. Ha, zapowiadało się ciekawie. Same miasteczko minąłem bez większych emocji, po drodze znowu trafiłem na jakiś maraton i wkrótce znalazłem się na plaży. W końcu! Ponad miesiąc w tym kraju, a ja pierwszy raz oglądałem pełne morze, a nie jakieś fiordopodobne zatoki. Stary, dobry Bałtyk. Rześki wiatr, na horyzoncie mrowie statków przeciskające się przez Kattegat i  trawiaste wydmy. Do najbardziej północnego wypierdka Danii miałem może 2 km, zapowiadał się przyjemny spacer. Mijałem spokojnie hałdy kamulców, domki, jakiś trebusz, gdy z oddali zaczęły wyłaniać się dziwne kształty. Po krótkim czasie rozjaśniło się me oblicze, a jednocześnie wpadłem w pewną jakże polską konfuzję. Chciałoby się powiedzieć, że „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście” – rzecz w tym, że bunkry były…

Trebusz...?




Na plaży poniewierała się cała grupa warowna z czasów drugiej wojny światowej. Widok był niesamowity – kiedy spoglądałem na potężne cielska umocnień omywane przez fale, przychodziła mi na myśl głowa statui wolności z „Planety Małp”. Świadectwo dawnych czasów powoli pochłaniane przez morze. Musiałem oczywiście wleźć w każdą dziurę i szczelinę – w co po niektórych obiektach było całkiem przytulnie. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie spędzić tu nocy, jednak bardziej jestem stworzeniem leśnym niż morskim i porzuciłem plan. Nie mogłem tylko odegnać myśli, jak dumnie wyglądałaby na blogu relacja z noclegu w nadmorskich bunkrach... Po jakimś czasie minąłem latarnię morską i w miejscu tym skończyły się umocnienia, a zaczęli turyści. Musiałem zmierzyć się ze straszną prawdą, że trafiłem do punktu dość znanego i uczęszczanego przez ludzi. Ych. Jednak kiedy zobaczyłem jakichś iberyjskich studentów szturchających martwą fokę, poczułem się w pełni usprawiedliwiony ze swoich aspołecznych uprzedzeń. Ale dobra, miałem się przecież zachwycać. Przedreptałem jeszcze z kilometr i oto stanąłem na lokalnym końcu świata.




Z lewej - Północne, z prawej - Bałtyk. Ta dam.
Szczerze pisząc, nie zrobił na mnie szalonego wrażenia. Wierzchołek przylądka okupowała chmara turystów dowożonych traktorami i strzelających sobie selfie na tle spotykających się mórz. Liczyłem na sztorm co najmniej, a tam przelewały się ledwie widoczne falki. Zjawisko nadal jednak było ciekawe, ponieważ Bałtyk falował z prawej na lewo, a Morze Północne z lewej na prawo i dokładnie u szczytu półwyspu następowało „zderzenie”. Postałem, popatrzyłem, zadzwoniłem do Dzikiej i rozpocząłem odwrót. Dzień powoli się kończył, a ja nadal miałem do potencjalnego noclegu ładny kawałek – no i musiałem ją jeszcze znaleźć gdzieś w lesie. Doczłapałem się do właśnie zamykanego sklepu/informacji turystycznej i dowiedziałem o kilku ciekawych szlakach wiodących po okolicy. Cholera, zacząłem żałować, że przez sposób podróżowania i nocowania nie mam odpowiedniej ilości czasu, by należycie zwiedzić to niezwykłe miejsce. Udało mi się zahaczyć o kawałek ścieżki przez zarośnięte wydmy i w blasku zachodząco słońca mogłem podkarmić duszę głodną naturalnego piękna. Musicie bowiem wiedzieć, że Skagen jest miejscem szczególnie ukochanym przez artystów. Przemierzając ten zielonorudoszary krajobraz skąpany w blasku zachodzącego słońca zacząłem rozumieć, co inspirowało tych wszystkich malarzy. 






Natchnienia swoją drogą, ale zmierzch zbliżał się nieubłaganie. Przebiłem się przez miasteczko boczną ścieżką, minąłem punkt wyjścia i rozpocząłem poszukiwania miejsca na nocleg. Sprawdziłem jeszcze w mieszkaniu jego położenie, jednak pozostawiłem sobie raczej mało dokładne wskazówki dotarcia. Hem. Po jakimś czasie znalazłem tablicę informacyjną z mapą – wedle niej cały okoliczny teren był wprost pocięty trasami (pieszymi, bieganymi, rowerowymi normalnymi, rowerowymi terenowymi, końskimi), a do schronienia powinienem łatwo trafić idąc wzdłuż niebieskiego szlaku. Żaden problem dla Radka Nawigatora! No tak, ale zdjęcia zapomniałem zrobić. Oczywiście już po zachodzie słońca musiałem wybrać złą drogę na skrzyżowaniu i dodałem sobie pół godziny spaceru po lesie oraz spotkanie z lokalnymi sarońcami. Ot, takie moje rozrywki. W końcu udało mi się jakoś odnaleźć właściwe miejsce, a tam – ogień. Cie choroba, ktoś mnie uprzedził! Okazało się, że pomysł noclegu na świeżym powietrzu nie był tak unikatowy i pojawił się także w planach młodej Dunki i Szwajcara podróżujących po kraju. Na szlaku zawsze można spotkać podobne wagabundzkie duchy - byli całkiem spoko. Kiedy wspólnymi siłami zmontowaliśmy kolację z ich brokułów i ryżu, oraz moich kiełbasek, poczułem prawdziwą podróżniczą solidarność [wiaty na szczęście były dwie]. Pogadaliśmy nieco, podzieliliśmy się ciastkami i czekoladą. Żołądek pełny strawy, ciepło ogniska i gwiazdy migocące ponad koronami drzew – ech, niewiele potrzeba do szczęścia. Zasypiałem głęboko przekonany, że po prostu warto.

Śniadanie z rusztu

Wiata była po prostu przeurocza



Poranek przywitał mnie okrutnym ziąbem i umiarkowanym zachmurzeniem. Moja wczorajsza kompania wykazywała nikłą aktywność, spokojnie więc posiliłem się i przygotowałem do drogi. Pożegnałem budzącą się do życia Dunkę [imienia nie kojarzę, ale pamiętam, że ciamkała i bekała], zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem w mglisty, cichy poranek. Niech mnie, było niesamowicie. Słońce różowiło wschodnią stronę nieba, rześkie powietrze wypełniało płuca, a marsz rozgrzewał mięśnie. W krótkim czasie dotarłem do szosy, gdzie w ciągu minuty złapałem drugi przejeżdżający samochód. Sympatyczny dziadek podwiózł mnie całe 4 kilometry, przeszedłem kawałek, złapałem kolejnego emeryta już do Frederikshavn – nawet szło się z nimi dogadać. Za miastem rozłożyłem się w zatoczce i po jakiejś godzinie oglądania statków zawijających i wywijających z portu wsiadłem w ostatnią okazję tego łikędu. Lotem bezpośrednim dostałem się do zjazdu na Horsens. Pilotował świeżo emerytowany nauczyciel jakichś nauk społecznych, całkiem inteligentny facet. Całą drogę przegadaliśmy, konfrontując polski i duński punkt widzenia na energetykę, Rosję, imigrantów i insze żywotne sprawy. Kształcące doświadczenie, nie powiem – mam tylko nadzieję, że na mojej podstawie nie uznał Polaków za ksenofobów i tumanów.

9 stopów, ponad 500 kilometrów, dwa morza, paczka kiełbasek – było zacnie. Dalej na Północ już nie dotrę, pora będzie zająć się zachodnim wybrzeżem.. Anne podrzuciła mi cynk o kolejnej dobrej miejscówce, akurat u brzegu Morza Północnego…

Pełna galeria.
+
Specjalny dodatek dla fanów: psy. Czego ja nie zrobię dla lajka.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz