piątek, 6 listopada 2015

Zwyczajny tydzień



Tym razem, w ramach pewnej odmiany, zaprezentować chcę swoje przeżycia bardziej przyziemne niż wyprawy na końce świata i inne przygody. Tak oficjalnie, to przyjechałem tu na wymianę studencką, z czym wiązać się powinna jakaś nauka i obcowanie w akademickim środowisku – niech więc Kraina Wikingów pokazana zostanie z tej bardziej „ludzkiej” strony. Doświadczony czterema latami zdobywania wyższego wykształcenia mogę podzielić się odkryciem, że uczelniana codzienność też może być – o dziwo – ciekawa i godna opisania. Żeby nie wywołać szoku podczas przejścia z dzikości do cywilizacji, zacznijmy od łikędu okraszonego małymi wyprawami.

Taki ślady ziemi ojczystej znaleziony na uczelni
Sobota Spacerowa         
 Rzecz niebywała, po tygodniu zrywania się na poranne zajęcia mogłem w końcu pospać. No dobrze – mógłbym pospać, gdybym położył się o jakiejś ludzkiej godzinie. Niemniej, budzenie się w okolicach południa też ma swój urok. Planów na dzień szczególnych nie było, ale od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad obejściem lokalnego jeziora Bygholm. Ot, sobotni spacer, akurat na rozprostowanie nóg i oczarowywanie się piękną duńską jesienią. Szkoda tylko, że zamiast słońca miałem stuprocentowe zachmurzenie. Cóż, przynajmniej w ten sposób zdjęcia wiarygodnie oddadzą klimat tego kraju. Wrzuciłem do plecaka podstawowy ekwipunek i kuchenkę zrobioną z puszki po kukurydzy na testy w terenie, po czym ruszyłem przez Horsens w kierunku zachodnim. Do brzegu jeziora mam może dwa kilometry, więc dość szybko zapadłem w bukowy las otaczający wodę szczelnym kordonem. Tym razem nie było mi dane przebijać się przez krzaczory, albowiem zbiornik okrążała elegancka ścieżka, a nieco dalej nawet regularny asfalt. Kroczyłem naprzód szparkim krokiem i robiłem zdjęcia. Pomijając huk nieodległej autostrady, było całkiem miło. W pewnym momencie, wiedziony swym nieomylnym zmysłem urozmaicania sobie wędrówki, wylazłem z lasu na jakieś pole. Pole jak pole, ale wystawał z niego taki… kopiec? Bliższe oględziny i znajomość tematu na poziomie „mam siostrę archeologa” pozwoliły mi stwierdzić jednoznacznie, że znalazłem kurhan. Według później przetłumaczonej tabliczki był to Jættestuen Grønhøj i pierwsze pochówki miały tu miejsce jakieś 5200 lat temu. Woah. Podczas wędrówki byłem jeszcze nieświadomy ciężaru wieków, wlazłem więc bez większego zastanowienia do środka i obejrzałem kamienną komorę upiększoną papierzakami. Przyznam, że spodziewałem się czegoś ciekawszego, no ale nie narzekajmy już na zabytki starsze od piramid w Gizie. Polazłem dalej. Bygholm Sø się skończyło, ścieżka powiodła z powrotem do miasta wzdłuż północnego brzegu. Minęło mnie kilku biegaczy, pojawili się cykliści – Horseńczycy przywykli są do aktywnego wykorzystywania wolnego czasu na łonie lokalnej natury. Maszerowałem sobie dróżką nad brzegiem wody, gdy pewnym momencie za moimi plecami pojawił się w szalonym pędzie kolarz. Zwinnie uskoczyłem mu z drogi, na co ten zakrzyknął strasznym głosem oglądając się za siebie – pewnie było to ostrzeżenie dla jego nadjeżdżających kompanów, jednak równie dobrze mogło to być „tutaj jest, brać go!”. Taka refleksja nad urokami duńskiego języka. Potem przetestowałem kuchenkę [dzięki dla Gibbsa za załatwienie paliwa], wypiłem herbatę, pogadałem z Dziką, wróciłem do siebie i tyle było z dnia. 





Niedziela Wyborna         
 Tym razem wyprawa nie była już zwykłą mrzonką, jeno wypełnianiem obywatelskiego obowiązku. Oczywiście nie zdążyłem załapać się na głosowanie korespondencyjne, trzeba mi było więc pofatygować się do odległego o 50 km Arhus – i tak nie było źle, patrząc na fakt, że w całej Danii utworzono tylko dwie komisje. Płatną komunikacją oczywiście się brzydzę, toteż sposób pozostawał jeden – sprawdzony autostop. Rankiem nieco zmitrężyłem i zacząłem machać ręką dopiero koło godziny 14. Pogoda tym razem ładna, ruch spory, nic tylko łapać! Kierowcy widać przyznali mi rację i pozwolili sterczeć w swojej zatoczce prawie godzinę, zanim któryś podrzucił mnie do autostrady. Tam jednak długo nie czekałem i już po kilkunastu minutach mknąłem do celu na pokładzie czarnej Mazdy [ha, chyba jednak niesłusznie osądziłem tę markę] powożonej przez Marlene – pielęgniarkę z Horsens pracująca w Arhuskim szpitalu. Ciekawie się złożyło, bo w ramach jednego z uczelnianych projektów potrzebujemy uzyskać nieco informacji od personelu medycznego odnośnie przygotowania leków. Udało mi się więc za jednym zamachem dotrzeć do miasta i przeprowadzić po drodze mały wywiad – iście, trafiłem na bardzo miłą i pomocną [a przy okazji urodziwą] niewiastę. Wyrzucony zostałem gdzieś w okolicach stacji, skąd przy pomocy mapy na telefonie łatwo miałem odnaleźć lokal wyborczy. Nie wiem jakim sposobem, ale musiałem coś pokręcić i uświadomiłem to sobie znajdując się ponad kilometr od niego. W dodatku zapodziałem gdzieś kartkę z adresem. Hem. Wspominałem już, że mam specjalną zdolność komplikowania sobie życia? Mimo lekkiej dezorientacji sprawnie odnalazłem właściwe miejsce. Aż miło się zrobiło na widok tabliczki „do lokalu wyborczego”. Gdy podpisywałem się na liście, jakiemuś dziecku obok zaoferowano ciastko i żelka. A mnie nie. Dorosłość, cholera. Nic to, wypełniłem co trzeba, wrzuciłem i mogłem wracać. Kiedy parę dni później wybuchła panika, mogłem się poczuć jak prawdziwy niegodziwiec – najpierw ucieka z kraju, a potem przyczynia się do wprowadzenia rządów terroru i kościelnej dyktatury. Hyhy. 
Podróż standardowo musiała się rozpocząć na rogatkach, zrobiłem więc sobie dłuższy spacer. Ostre popołudniowe słońce muskało mą twarz, powietrze było rześkie i przejrzyste. Lubię jesień. Nie musiałem machać zbyt długo i jakoś pół do szóstej wylądowałem na zjeździe na Horsens, by po kilku kilometrach marszu zakończyć wyborczą wyprawę.
 
Jakbyście byli ciekawi, jak wygląda moja zatoczka startowa
Aarhus
Może i świnia, ale pomnik się należy
Poniedziałek Rzeczywisty          
Nawet nie chce mi się opisywać. Uczelnia, projekty, szaruga, ble.          


Wtorek Prozaiczny        
To samo.
 
Bujany delfin metaforą życia
Środa Mechaniczna       
Tutaj nastąpiło wyrwanie z codziennego mozołu – w ramach kursu o maszynach CNC powieźli nas do centrum badawczego i fabryki z branży obrabiarek numerycznych. Damn, fajne sprzęty tam mieli. Roboty, automaty, frezarki, piły, wszystko. Od „standardowych” maszyn wielkości szafy za kilkaset tysięcy koron, aż po wielkie 13-osiowe kombajny ledwo mieszczące się w hali za grube miliony. Zapewne nie każdego to ruszy, ale inżynierowie lubią sobie czasem pooglądać takie technoporno. A po drodze zabrano nas do Makdonalda - poczułem się jak na szkolnej wycieczce.


To chyba podpada pod szpiegostwo przemysłowe
 



Czwartek Konstrukcyjny             
Parę tygodni temu dostałem od uczelni maila z „Lego” w tytule – niestety, nie była to wiadomość o darmowych zestawach, tylko informacja o możliwości pomocy przy organizacji „First Lego League”.Są to zawody dla drużyn dzieciaków 12-16 lat, w których trzeba najpierw zbudować swojego robota z Lego Mindstorm, a potem zaprogramować go do przebycia określonej trasy i wykonania zadań. Świetna sprawa. Skuszony wizją obcowania z dużymi ilościami klocków wybrałem się na spotkanie, gdzie po krótkim wyjaśnieniu całej hecy wspaniałomyślnie wpisałem się na listę wolontariuszy. Minęło nieco czasu i w końcu przyszła pora na konkretne działania – trzeba było zbudować tory, aż tydzień przed samymi zawodami. Zebraliśmy się w jednej z sal uniwersytetu w kilkanaście osób, przyszedł koordynator i po krótkim briefingu zaczęliśmy pracę. Kompletny tor składał się z plandeki 1,5 x 3m i kilkunastu konstrukcji, której należało na niej umieścić. Charakterystyczny brzęk części w woreczkach, zapach świeżo otwieranych opakowań, czyste i niezarysowane klocki… ach, wspomnień czar. Pakietów było siedem, a w każdym 10 zestawów – od prostych [typu dwa ludziki i ośmiornica] na 5 minut składania, aż do zaawansowanych mechanizmów rodem z serii Technic, których budowa zajmowała co najmniej półtorej godziny. Towarzystwo zwyczajowo międzynarodowe – banda Słowaków, gang Rosjan, kolejny Rumun, a i nawet kilku Duńczyków się znalazło. Facet ogarniający to całe zamieszanie musiał zostawić nas na parę godzin, ale wykazał się sporym sprytem – żeby zapobiec ucieczce studentów [i klocków] zapowiedział, że wróci z jedzeniem… Cóż, miał mnie.
W ten sposób spędziłem 7 godzin czwartkowego popołudnia i wieczoru: układając klocki lego, jedząc darmową pizzę i starając się poskładać z ekipą to wszystko do kupy. Taaak, to był dobry dzień. Właśnie  po to przyjechałem do Danii.  Po zawodach wrzucę coś jeszcze, by pokazać jak to wyglądało w pełnej krasie.
 
Zestaw nr 10 - dobre 2 godziny zabawy
Ot, studencka organizacja



Piątek Pogański               
Dzień ten przebiegał pod znakiem anglosaskiego święta grozy, bo w końcu każdy pretekst do studenckiej imprezy jest dobry. Parę dni wcześniej pojawiły się plakaty o konkursie rzeźbienia dyni – w sumie to nigdy tego nie próbowałem nawet, ale jestem przecie wszechstronnie uzdolnionym krafterem. Powinno być fajnie. Zastanawiałem się tylko, czy uda mi się dopchać i dorwać dynię, zanim wszystkie się rozejdą… Cóż, problemów z tym nie było -  przez parę godzin łącznie zgłosiło się może 6 osób. W tej sytuacji mogłem spokojnie stanąć w kolejce za darmową kiełbaską, kawą i ciastem – przyczyny tej ogólnouczelnianej akcji pozostają nieznane, ale grunt że znowu ktoś mnie karmił. Po posiłku zabrałem się do pracy. Była nas tam trójka, każdy kombinował, co by tam fajnego wyskrobać, wszyscy raczej mało doświadczeni w temacie. Wcześniej naoglądałem się zdjęć dzieł jakiegoś dyniowego rzeźbiarza, więc oczywiście nie mógłbym zadowolić się wycięciem kilku otworów. To musiało być coś super… Szkoda tylko, że nie miałem pojęcia, jak to się robi. Cóż, przynajmniej zaopatrzyłem się wcześniej w łyżkę, nóż i obieraczkę do warzyw, które poszerzyły asortyment dostępnych [dostarczonych przez organizatora] narzędzi. No dobra, najpierw szkic. Potem wyrżnąć nos… A, chyba trzeba zacząć od wydrążenia tego warzywa. Ściąć wierzchołek, wygrzebać wnętrze... błee, nie wiedziałem, że nasiona w środku zawieszone są w sieci przypominającej jakieś wydzieliny obcego. Wydrapać co się da, i już można ciąć dalej. Oko. Złe. Bardziej złe. I jeszcze srogie brwi. Jedno jest, drugie… Ha, istna groza. Pora na paszczę. Zębatą, i to mocno. Tutaj się zaczęła zabawa, bo umyśliłem sobie każdy ząb wyrzeźbić z osobna. Co jasne, kiedy tylko ktoś podchodził, automatycznie starałem się wyglądać na jeszcze bardziej skupionego, co by efekt należyty zrobić. Nah. Gęba zrobiona. Teraz parę zmarszczek… I blizna przez jeden oczodół… I coś wbitego w czoło… Zrobić dziurę na świeczkę… Podpisać... Gotowe. Cholera, trzy godziny mi zeszły. Czułem jednak, że jakoś potrzebowałem tego, by coś stworzyć. Takie rzeźbienie jest całkiem fajne, szkoda że Halołin nie ma częściej. Usatysfakcjonowany wróciłem do mieszkania, by dalej walczyć z komputerem odmawiający współpracy podczas formatowania. Później, kiedy już ciemna noc zapadła, poszedłem – sam się sobie dziwię – na imprezę do Student Baru w Kamtjatce, bo mieli wyniki ogłaszać. No cóż, nie ogłosili. Mój heroizm poszedł na marne.    


A w sobotę znowu poniosło mnie na kolejny duński wygwiździew, ale to już materiał na inną opowieść - czyli niedługo wracamy do przygód i poniewierki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz