poniedziałek, 24 sierpnia 2015

NAJPIERWSZE WRAŻENIA


Trzeba przyznać, że mój akademik pozwala poczuć się jak w jakimś getcie. Albo więzieniu.
Gorąco. Duszno. Jasno.
Rano [no, powiedzmy] budzę się w piekarniku. Mam okno od wyjątkowo nasłonecznionej strony, w dodatku od ulicy i to jeszcze na parterze – pijane studenty wydzierają mi się po nocy, będę chyba strzelał do tych obwiesiów. Odczucia na start niezbyt szałowe, ale nic to, żyć trzeba. Po jako takim ogarnięciu się pora wyruszyć na rekonesans po tym całym Horsens, co by zobaczyć dziwy i cuda duńskiej ziemi…
    Huśtawki w samym centrum miasta - świetny motyw.
  • Mewy. Drą mi się za oknem od rana. Jak na razie działa to na zasadzie „tęsknego krzyku morskich ptaków” i ogólnie romantycznego podejścia do morza,  ale z czasem i do nich pewnie będę chciał strzelać. Badając jakieś podwórko usłyszałem nagle takie „hey!” i obejrzałem się spłoszony, jednak okazało się to tylko wrzaskiem jakiegoś śmieszkowatego ptaszyska. Tak czy inaczej mewy i świeża bryza mierzwiąca włos dają razem poczucie silnej „morskości” miasteczka, nawet bez konieczności oglądania zabudowań portowych.
Taki tam deptak.
  • Buraki w bmw. Kiedy przejechało koło mnie dudniące typowym „umcy-umcy” i nieco podeszłe wiekiem  auto tej szlachetnej marki zrozumiałem, że jest to idea wielka i ponadnarodowa. Widać dresowóz zawsze będzie dresowozem, niezależnie od granic, nacji czy systemów.
FÆNGSLET - stare więzienie przerobione na muzeum. Czy oni nie mają złoczyńców?
  • Fryzjerzy. Rozbij losową witrynę na dowolnej ulicy i masz 90% szans, że wypadnie na Ciebie jakiś wściekły balwierz. Nie wiem, czy to ja jakiś przeczulony jestem, czy Duńczykom tak szybko i obficie włosy rosną, ale ilość zakładów naprawdę robi wrażenie lekkiej przesady.
Murale są i to fajne. Będzie więcej.
  • Wózki elektryczne. Po ulicach i chodnikach pomykają sobie na tych śmiesznych pojaździkach [rymy częstochowskie normalnie] ludzie starzy i/lub otyli. Przypominają się obrazki typu „amurrica”, ale jest to raczej typowe zjawisko dla starzejących się społeczeństw zachodniej Europy. Podejrzewam, że gdyby nie głodowe emerytury naszych babć i dziadków, to u nas też nie było by to żadną sensacją.
Kot. Chyba pierwsze napotkane czworonożne stworzenie.
  • Zakupy. Żeby zmniejszyć szok kulturowy wybrałem się do znanego z kraju Netto, jednak ataku serca przy półkach się nie wystrzegłem. Co by nie mówić, w porównaniu do rodzimych cen jest tu naprawdę drogo – choć tubylcy z zarobkami rzędu 15k złociszy na pewno nie mają takiego zdania. Trzeba się będzie po prostu przestawić, inne realia. Ale wołowina dość tania i dostępna, miła odmiana po obowiązkowych w studenckiej diecie kurczakach. Jednak mleka  o zawartości 0,1% tłuszczu nie zrozumiem nigdy. Barbarzyńcy. Na szczęście mają też 3,5. Poza tym  cuda globalizacji i kapitalizmu - na regałach pojawiają się te same marki i produkty, więc brak obsługi duńskiego nie boli tak bardzo.
Mam wrażenie, że kiedy Andersen wymyślał "Małą syrenkę", nie do końca o to mu chodziło...
Na koniec dżołk sezonu:
Co robią Duńczycy aby otworzyć drzwi? Trykają je!
[„tryk”  - pchać]

Kuń morski. W sumie jest w herbie Horsens, więc nawet ma to sens.

3 komentarze:

  1. Troszeczkę zrzędzisz jak na razie :P Ci fryzjerzy to pewnie dlatego, że Wikingom brody szybko rosną :P

    PS. Może dasz opcję komentowania anonimowo/bez podłączania jakichś podejrzanych kont pod nick?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam zrzędzę. Oswajam się z otoczeniem.
      PS. Dodałem opcję, aczkolwiek i tak możesz się czuć zupełnie anonimowo, bo nie mam pojęcia kim jesteś ;P

      Usuń
    2. I się nie dowiesz. Nigdy. Mwahahahaa.
      Dziękuję ^^

      Usuń