Zarzucam plecak
na ramiona i ruszam przed siebie. Mijam skrzyżowanie na Wołosate, kicam szybko
w krzaki za potrzebą i po chwili opuszczam skromne zabudowania Ustrzyk Górnych.
Ruch na drodze, rzekłbym, znikomy. A tak właściwie to żaden, co może nie być
sprzyjającą okolicznością wobec pomysłu na łapanie stopa. Ale nic to - jest
pięknie, a ja nie mam zamiaru narzekać na spacer przez góry, budzące się do
życia po długiej zimie. Ptactwo nadaje bez wytchnienia, potoki cicho dzwonią w
przepustach pod drogą, a słońce zaczyna uczciwie przygrzewać. Chłonę to
wszystko z niekłamaną radością, krocząc przed siebie po pustym asfalcie.
Wkrótce jednak słyszę hałas silnika i zza zakrętu wyłania się samochód. Tak jak setki razy wcześniej, wyciągam rękę z uniesionym kciukiem – i tak jak wielu przed nim, kierowca zwalnia, aby po chwili zatrzymać auto obok mnie. „My tylko na Przełęcz Wyżniańską” – a to dokładnie tam gdzie zmierzam, więc tarabanię się z plecakiem do środka. Młoda parka, od kilku dni w Biesach, korzystają z ostatnich spokojnych chwil przed Majówką. Ciągniemy zwyczajowy autostopowy smoltok i po kilku minutach dojeżdżamy na parking na przełęczy. Żegnam się z moimi dobroczyńcami i zaczynam ostatni etap podróży. Żeby nie tłuc się żwirową drogą, opuszczam parking boczną ścieżką i po chwili już wspinam się na mój ulubiony Wierch. Lekka zadyszka po zdobyciu tego niebosiężnego szczytu (no dobra, to taki pagórek trawiasty jest) wskazuje, że forma to była kiedyś. Z niepozornego wzniesienia rozciąga się przepiękna panorama – od strony słońca, na południu, piętrzą się lesiste stoki Rawki. Naprzeciw nich rozciąga się w pełnej okazałości Połonina Caryńska – u szczytu nadal pobielona śniegiem, który będę oglądał codziennie przez kolejny tydzień. Na wschodzie rozłożył się dumnie masyw Bieszczad Wysokich z dobrze widoczną Tarnicą, zaś na prawo od nich widać dolinę Wołosatego i tę śmieszną, samotną górkę pośrodku, którą darzę niezrozumiałą sympatią. W kierunku zachodnim ciągnie się w dal dolina między Działem i pasmami granicznymi, a połoninami. Kiedy tam stoisz, cały świat zamyka się w tych paru dolinach. Nie ma nic oprócz gór.
Wdech, wydech.
Ale dobrze, nie przyjechałem tu (tylko) wzdychać do efektów mioceńskich
fałdowań. Cel tej eskapady leżał nieco dalej, skryty u podnóży tej
mniejszej z Rawek – niegdysiejsze* schronisko PTTK, znana i lubiana wśród turystów Bacówka Pod Małą Rawką.
Miejsce mojego zamieszkania i zatrudnienia na najbliższy czas.
| Ukradzione z internetów |
Staczam się ze wzgórza w stronę drewnianego budynku i chyba zaczynam się stresować. Huh. Byłem tu naprawdę wiele razy, ale jakoś nigdy tak... zawodowo. Przestępuję drewniany próg, wchodzę do głównej sali i zaglądam do okienka z tekstem, że "ponoć mam tu pracować". Ludzie obecni po drugiej stronie reagują raczej pozytywnie i zapraszają na zaplecze. Cofam się do korytarza, w którym otwierają się magiczne wrota z napisem "zakaz wstępu" i... w końcu dane jest mi przekroczyć granicę między schroniskowym sacrum a profanum. Może to śmieszne, ale naprawdę jestem podekscytowany – wchodzę tam, gdzie „zwykły turysta” wstępu nie ma. Jako potwierdzenie, że naruszam obszar sacrum, aktywuje się pierwsza linia obrony schroniska w postaci Harleya, lokalnego podhalańczyka. Ja zostaję pro forma obszczekany, za to Harley zostaje obsztorcowany przez Agę – i od tego czasu jesteśmy z piesełem już ziomeczkami, wyjaśnione. Z ludzkich lokatorów spotykam w kuchni: rzeczoną Agę - kierowniczkę całego zmieszania, mieszkającą w Bacówce na stałe; Mewę - poznaną już w październiku zeszłego roku rezolutną Panią Z Okienka; Dom – sympatyczną krótkowłosą dziewczynę; Mateusza – wąsatego jegomościa o pozytywnym usposobieniu; Michała – brodatego dryblasa z marynistycznym rękawem oraz Agatę – innego świeżaka szukającego pracy w schronisku. Stara załoga nawet mnie kojarzy z ostatniej wizyty, a i Oleczek zachował się w pamięci jako ten „przystojniak” (żeby nie było, sam się tak tytułował). Zrzucam rzeczy w korytarzu i zaczynam poznawanie tego starego-nowego miejsca. Centrum dowodzenia i serce bacówki to kuchnia – tutaj obsługuje się turystę, ustala działania, oraz oczywiście przyrządza wszelakie dobra napełniające kałduny. Niżej, na parterze budynku, znajdują się różnego rodzaju magazyny, chłodnie, składy, kotłownie, drewutnie i rupieciarnie. Dużo rupieciarni. W sumie to każde pomieszczenie staje się tu naturalnie rupieciarnią. Ale dla niepoznaki każda z nich ma nazwę własną – zapisaną na drzwiach, albo i nie. Pierwsze dni wymagają więc intensywnej nauki co jest czym i gdzie jest położone i co właściwie się tam znajduje - bo nazwy typu „hydro”, „blaszak”, „klubik” czy „gabinet” niewiele powiedzą biednemu świeżakowi.
Po krótkim zapoznaniu się z lokalną architekturą dostaję przydział – zaczynam pracę o 14. Młodzieńczy (khe, ten epitet zaczyna brzmieć w moim wydaniu coraz bardziej ironicznie) entuzjazm każe mi wykazać się gotowością do pracy od zaraz, ale tutaj poważnie szanuje się czas wolny – zbieram więc manatki i... idę do Nieba. Moje ascensio ma jednak mniej duchowy charakter i polega na przejściu po schodach na drugie piętro i dalej drabiną przez klapę w suficie/podłodze na ostatni poziom budynku – na strychu Bacówki rozciąga się dziedzina pracowników tymczasowych i przygodnych. Kominy rozdzielają ją na pokoik z oknem skierowanym na Połoninę Caryńską, centralnie umieszczoną Trumienkę pozbawioną dostępu do światła słonecznego, oraz rzeczone Niebo ukryte za zamykanymi drzwiami i z oknem na stoki Rawki. Włazić muszę na czworaka pod skosem, wyposażenie „pokoju” to podłoga, stary wojskowy materac i wieszak, a poza tym... jest tu wspaniale. Na kominie wymalowano błękitne niebo z obłokami, pod sufitem wisi mały łańcuch ledowych lampek w kształcie jednorożców, zaś niemal całą ścianę frontową zajmuje okno, przez które wlewa się światło, zapachy lasu i dźwięki całego życia w nim buszującego. Nie miałem wcześniej pojęcia o istnieniu tego pomieszczenia, ale czuję się, jakby czekało na mnie od lat.
| Niebo |
Wybebeszam wstępnie plecak, rozparcelowuję się po kwaterze i wychodzę na obchód. Bacówce towarzyszy parę budynków i konstrukcji rozrzuconych po okolicy, przestrzeń między nimi zaś wypełniona jest przez mniej więcej wszystko. Od starych drzwi i zbiorników, poprzez hałdy drewnianych belek, aż po ramę od Defendera (bardziej kompletny i nawet jeżdżący pogoprowski Def stacjonuje pod tarasem, służąc jako transport na parking i z powrotem). Obłażę ten malowniczy krajobraz dookoła, wzdycham sobie do gór i wracam do Nieba. Układam się na materacu i postanawiam wykorzystać pozostały mi czas na odespanie nocnych zaległości.
Odsypiam tak
skutecznie, że prawie spóźniam się na swoją zmianę – niezły początek (choć jakoś
zupełnie mnie to nie dziwi). O 14:00 melduję się w kuchni gotów wykazać
się swoim entuzjazmem, zaradnością i... czekam jeszcze z pół godziny, aż Mateusz
ogarnie coś w swoim komputrze. Majówka jeszcze się nie zaczęła, toteż ludzi
wciąż niewiele i na kuchni względny spokój – można więc wykorzystać ten czas na
Bardzo Ważne Zadanie jakim jest udeptywanie kontenerów ze śmieciami. Otwieramy
włazy i nurkujemy, skacząc i depcząc po worach w celu optymalnej dystrybucji odpadów
w przestrzeni odkładczej, nie zastanawiając się dla własnego dobra nad ich
zawartością oraz potencjałem zapachowym. Jakby ktoś (jak np. ja) uważał pracę w
schronisku za coś szalenie romantycznego, to w tym momencie mógł to zweryfikować.
Po tym krótkim i jakże ciekawym zadaniu, zaczynamy ogarniać teren wokół
Bacówki. Zeszłoroczny remont dachu pozostawił okolicę w jeszcze większym
rozgardiaszu i w końcu przyszła pora na zagrabienie gruzu oraz śmiecia
zalegającego dokoła. Grabie w dłoń i taczki w ruch – prosta, fizyczna
praca. Chciałoby się rzec: „it ain’t much, but it’s honest work”. Po względnym odgruzowaniu terenu, zaczynam
nawozić go humusem, co by pobudzić jakąś wegetację i zazielenić to smutne,
gliniaste klepisko. Źródłem murszu są stare oborniki, zasilane bioodpadami z
kuchni – co jakiś czas zmienia się miejsce wysypywania „urobku”, a po kilku
latach można już wydobywać żyzną próchnicę. Bardzo uwapnioną, bo chyba połowa
jej objętości to skorupki jajek z niezliczonych jajecznic, żurków i naleśników.
Ładuję, wożę i rozprowadzam - a wszystko
to w cudownym otoczeniu i z widokiem na góry wszędzie dookoła. Ptaszki śpiewają. Sielanka.
W międzyczasie spożywam
obiad z bacówkowych specjałów (żurek i pierogi), a o 18 słyszę subtelny okrzyk „RADEEEEEEEEK!!!”
z tarasu i kończę radosne nawożenie, aby zająć się poważnym bacówkowym tematem –
sprzątaniem kibli. Mewa zabiera mnie w głąb umywalni i instruuje po kolei, w
jaki sposób i z użyciem jakich magicznych środków przywraca się sanitariaty do
standardu godnego istoty ludzkiej. Zgodnie ze starą hotelową zasadą – one szmata
to clean them all. Szorujemy więc, odkażamy i pucujemy wszystkie powierzchnie płaskie
i ceramiczne tak, aby wyrobić się ze wszystkim do 19, o której tu puści się
ciepłą wodę do rur, a turystów do pryszniców. Sprzątanie obejmuje również czyszczenie
szeregu kuwet, które to służą lokalnemu hufcowi kotów – jest tu mniej więcej siedem
tych futrzaków – a jeśli żwirek nie będzie odpowiedniej czystości, nawalą na
podłogę obok. Wspaniałe stworzenia.
Po zeszmaceniu wszystkiego co się dało otwieramy łazienki i wracamy do kuchni. Tam pomagam przy rozładunku dostawy zapasów, poznaję bacę Michała i razem z Dom doprowadzamy kuchnię do porządku, gawędząc jak i dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu – tak mija mi czas do 22, kiedy oficjalnie kończy się dzień pracy w Bacówce pod Małą Rawką. Nie powiem, jest intensywnie – choć pracowałem tylko pół dnia i to przed rozpoczęciem się szczytu turystycznego. Myję się w prawie- ciepłej wodzie w naszej pracowniczej łazience i wdrapuję do swojej ciasnej acz uroczej kwatery. Przez otwarte okno słychać pohukującą w głębi lasu sowę, a ja leżę sobie na wypierdzianym materacu i nie mogę się przestać zachwycać, gdzie jestem i co robię. Niemal z trudem przychodzi mi uwierzenie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Korzystam z resztek sił, aby spisać pokrótce wspomnienia z tego dnia (które staną się bazą dla tego wpisu), po czym gaszę światło. Noc wlewa się do Nieba i otula mnie szczelnie.
Jest bardzo ciemno,
Jest bardzo cicho.
Jest bardzo jak trzeba.
Zasypiam znajdując się dokładnie tam, gdzie powinienem być.
W Niebie.
____________________________________________________________________________________
*okazuje się, że według państwowych kryteriów, żadna z bacówek w Bieszczadach i generalnie większość schronisk górskich w Polsce nie mają formalnego prawa nazywać się "schroniskami".
