niedziela, 31 stycznia 2016

Najwyżej



Middle-east-european mafia

Moje odkrywanie Jutlandii pod pretekstem studiów miało się już ku końcowi – jeszcze tylko kilka egzaminów, spraw do zamknięcia i tyle z tego będzie. Po drodze jednak znalazł się jeszcze jeden wolny łikęd – a jak chciałem go wykorzystać, to chyba jasne. Tym razem jednak udało mi się zgadać ze znajomym Mołdawianinem Andreiem, który słuchając moich opowieści o włóczęgach po duńskich ostępach również zapragnął zasmakować wędrówki. Było jasne, że jak nie teraz, to już nigdy się nie wybierzemy – dlatego ustaliliśmy dzień i godzinę, wynalazłem jakieś miejsca godne odwiedzenia, po czym pewnego sobotniego poranka załadowałem się do andreiowego samochodu i ruszyliśmy w śnieżną dal. 




Zima opanowała Krainę Wikingów. Temperatura spadła poniżej zera, biały puch okrył pola i wzgórza, a pługopiaskarki opuściły swoje leża by rozpocząć gody. Trzeba przyznać, że nawet małe lokalne dróżki były wzorowo odśnieżone. Dzisiaj na pierwszy ogień miał pójść Møllehøj – najwyższy szczyt Danii, odległy od Horsens o zaledwie 20 km [czemu mnie tam jeszcze nie było?]. Co jak co, ale tę górę po prostu należało zdobyć. Po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy na miejsce. Parking, informacja, toalety – pełen wypas. Najpierw wspięliśmy się na monument upamiętniający strażaków [czy jakoś tak] będący jednocześnie wieżą widokową, z którego podziwiać można było szeroką panoramę złożoną głównie z pól i malowniczo porozrzucanych gospodarstw – rzekłbym, klasyczne widoki, jednak w bieli zyskujące nowego uroku. Ok, zdjęcia są, pora zabrać się za szturm na szczyt. Wyposażyliśmy się w mapkę okolicy, wyznaczyliśmy kierunek i ruszyliśmy… by po przejściu 50 metrów w dal i 6 wzwyż znaleźć się na samym szczycie góry. Wzgórza. No, pagórka właściwie, od którego był wyższy nawet dach farmy z nim sąsiadującej. 170 m n.p.m. Nie powiem, byłem przygotowany na umiarkowaną niesamowitość tego miejsca, ale nadal czułem się dziwnie. W każdym razie „dach Danii” został osiągnięty i chwała zdobywców opromieniła nas swym blaskiem [z mocą, powiedzmy, może 5 lumenów]. Podbudowani tym wyczynem przeszliśmy się jeszcze po okolicznych 17-dziesiętnikach znajdując sheltery z miejscem ogniskowym, kilka pastwisk i tajną stację nasłuchową CIA. Pierwszy punkt z dzisiejszego planu dnia zaliczony, można było ruszać dalej.


Tak, ten wzgórek pośrodku to majestatyczny Møllehøj.

Kolejnym etapem, już nieco poważniejszym niż półgodzinny spacer, miała być wędrówka wzdłuż Judsø, jednego z większych i bardziej malowniczych jutlandzkich jezior. Przejechaliśmy kolejne 25 klików mijając po drodze tereny znacznie mocniej „górskie” od okolic Møllehøj i znaleźliśmy się u celu. Problem w tym, że trzeba było zostawić gdzieś samochód, a okoliczne parkingi zostały pazernie obłożone opłatami. No jakże to tak – my, biedni imigranci z Europy środkowo-wschodniej mamy płacić burżuazyjnym skandynawskim wyzyskiwaczom i obszarnikom? Niedoczekanie! Z typowym dla naszych nacji sprytem [objawiającym się głównie kiedy każą płacić] postawiliśmy wóz na trawce metr od krawędzi parkingu licząc na to, że nie trafiliśmy na jeszcze sprytniejszych właścicieli parkingu. W międzyczasie spotkaliśmy grupę myśliwych wybierających się na polowanie – czy ja ich jakoś przyciągam? Co nie wejdę do lasu, to już jakieś nagonki i strzelaniny. W końcu zarzuciliśmy plecaki na ramiona i pobieżelim na szlak. Mapek tym razem nam poskąpiono, więc szliśmy raczej na czuja po [na szczęście] dobrze oznaczonych ścieżkach. Trasę zaczęliśmy od napawania się widokami z najwyższego lokalnego wzgórza. Wieża widokowa przypominająca kościelną dzwonnicę była niestety zamknięta, ale nawet z dołu perspektywy były co najmniej imponujące. Długie polodowcowe jezioro otoczone ciemną puszczą… można było sobie wyobrażać, że te lasy nie kończą się kilometr dalej, tylko ciągną, hen, w dziką Skandynawię… Ponapawaliśmy się i zaczęliśmy schodzić w dół, do brzegu. Po drodze Andrei zwrócił uwagę na ciekawą rzecz, kiedy mijaliśmy dwie damy zażywające spaceru po okolicy. Otóż panie te nawet nie obejrzały się, słysząc że ktoś je dogania – może to brzmi jak paranoja, ale w odludnych okolicach bardziej normalna dla nas wydaje się pewna podejrzliwość wobec napotkanych ludzi i po prostu kontrolowanie otoczenia. Choćby obejrzenie się do tyłu. Ot, duńskie zaufanie społeczne.

Zdjęcie idealnie oddające, jak powinna wyglądać wg mnie Skandynawia. Dzika i posępna.


Tafla wody była pokryta cienką warstwą lodu – nie dało się po nim połazić, ale przynajmniej ładnie wyglądało. Ścieżka wiodła wzdłuż krawędzi zamarzniętej wody przez ciche bukowe lasy. Co jakiś czas trafialiśmy na pojedyncze domki i opustoszałe ośrodki wypoczynkowe. Ciekawym punktem po drodze była farma jeleni, przez którą można było sobie przejść w towarzystwie stada niewielkich, puchatych zwierzaków i ich ujmującego zapachu. Niedługo później znaleźliśmy miejsce ogniskowe i zorganizowaliśmy popas.




Nazbieraliśmy nieco drewna, nauczyłem Andreia z czego i jak rozpalić ognisko, po czym – kiedy wyjęliśmy już zapasy – popadłem w zachwyt i niedowierzanie. Otóż wśród dóbr wyjętych z plecaka mojego kompana znalazła się najprawdziwsza slenina. Czyli to samo, co ukraińskie sało! Gruby kawał słoniny obtoczony w solance, smak który śni mi się po nocach od czasów obozów, a natknąłem się na niego przez przypadek w odległej, cywilizowanej Danii. Damn! Po wtrząchnięciu opieczonych kiełbas rozgarnęliśmy ognisko i ruszyliśmy w drogę powrotną. Mijaliśmy jeziorka, górki, pastwiska i inne urokliwe zakątki opromieniane słońcem zmierzającym nieuchronnie ku horyzontowi. Było tam więcej wspinania niż podczas „zdobywania” Møllehøj, więc nawet się cieszyłem. Kiedy zmierzch zaczął otulać ziemię doturlaliśmy się do samochodu, który szczęśliwie nie został odholowany lub upiększony mandatem. Pozostało już tylko wrócić.




Nie przeleźliśmy jakiegoś wyczynowego dystansu, ale byłem ogólnie zadowolony. Nie wiem czy zasiałem w Andreiu ducha włóczęgi, ale chłopak również wyrażał satysfakcję z wypadu. Było fajnie, nie powiem – dobrze było być dowiezionym na miejsce, pogadać z kimś i zjeść nieco sała. Jednak czy to kwestia przyzwyczajenia, czy też rozkręconych w Skandynawii wrodzonych preferencji – brakowało mi nieco samotnej wędrówki. Przygód podczas łapania stopa, cichego gapienia się na posępne pejzaże, spania przy ogniu pod gwiazdami. Wilczych włóczęg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz