wtorek, 16 maja 2023

Dzień pierwszy

Zarzucam plecak na ramiona i ruszam przed siebie. Mijam skrzyżowanie na Wołosate, kicam szybko w krzaki za potrzebą i po chwili opuszczam skromne zabudowania Ustrzyk Górnych. Ruch na drodze, rzekłbym, znikomy. A tak właściwie to żaden, co może nie być sprzyjającą okolicznością wobec pomysłu na łapanie stopa. Ale nic to - jest pięknie, a ja nie mam zamiaru narzekać na spacer przez góry, budzące się do życia po długiej zimie. Ptactwo nadaje bez wytchnienia, potoki cicho dzwonią w przepustach pod drogą, a słońce zaczyna uczciwie przygrzewać. Chłonę to wszystko z niekłamaną radością, krocząc przed siebie po pustym asfalcie.

Wkrótce jednak słyszę hałas silnika i zza zakrętu wyłania się samochód. Tak jak setki razy wcześniej, wyciągam rękę z uniesionym kciukiem – i tak jak wielu przed nim, kierowca zwalnia, aby po chwili zatrzymać auto obok mnie. „My tylko na Przełęcz Wyżniańską” – a to dokładnie tam gdzie zmierzam, więc tarabanię się z plecakiem do środka. Młoda parka, od kilku dni w Biesach, korzystają z ostatnich spokojnych chwil przed Majówką. Ciągniemy zwyczajowy autostopowy smoltok i po kilku minutach dojeżdżamy na parking na przełęczy. Żegnam się z moimi dobroczyńcami i zaczynam ostatni etap podróży. Żeby nie tłuc się żwirową drogą, opuszczam parking boczną ścieżką i po chwili już wspinam się na mój ulubiony Wierch. Lekka zadyszka po zdobyciu tego niebosiężnego szczytu (no dobra, to taki pagórek trawiasty jest) wskazuje, że forma to była kiedyś. Z niepozornego wzniesienia rozciąga się przepiękna panorama – od strony słońca, na południu, piętrzą się lesiste stoki Rawki. Naprzeciw nich rozciąga się w pełnej okazałości Połonina Caryńska – u szczytu nadal pobielona śniegiem, który będę oglądał codziennie przez kolejny tydzień. Na wschodzie rozłożył się dumnie masyw Bieszczad Wysokich z dobrze widoczną Tarnicą, zaś na prawo od nich widać dolinę Wołosatego i tę śmieszną, samotną górkę pośrodku, którą darzę niezrozumiałą sympatią. W kierunku zachodnim ciągnie się w dal dolina między Działem i pasmami granicznymi, a połoninami. Kiedy tam stoisz, cały świat zamyka się w tych paru dolinach. Nie ma nic oprócz gór.

Wdech, wydech.
Ale dobrze, nie przyjechałem tu (tylko) wzdychać do efektów mioceńskich fałdowań. Cel tej eskapady leżał nieco dalej, skryty u podnóży tej mniejszej z Rawek – niegdysiejsze* schronisko
PTTK, znana i lubiana wśród turystów Bacówka Pod Małą Rawką. Miejsce mojego zamieszkania i zatrudnienia na najbliższy czas.

 

Ukradzione z internetów

Staczam się ze wzgórza w stronę drewnianego budynku i chyba zaczynam się stresować. Huh. Byłem tu naprawdę wiele razy, ale jakoś nigdy tak... zawodowo. Przestępuję drewniany próg, wchodzę do głównej sali i zaglądam do okienka z tekstem, że "ponoć mam tu pracować". Ludzie obecni po drugiej stronie reagują raczej pozytywnie i zapraszają na zaplecze. Cofam się do korytarza, w którym otwierają się magiczne wrota z napisem "zakaz wstępu" i... w końcu dane jest mi przekroczyć granicę między schroniskowym sacrum a profanum. Może to śmieszne, ale naprawdę jestem podekscytowany – wchodzę tam, gdzie „zwykły turysta” wstępu nie ma. Jako potwierdzenie, że naruszam obszar sacrum, aktywuje się pierwsza linia obrony schroniska w postaci Harleya, lokalnego podhalańczyka. Ja zostaję pro forma obszczekany, za to Harley zostaje obsztorcowany przez Agę – i od tego czasu jesteśmy z piesełem już ziomeczkami, wyjaśnione. Z ludzkich lokatorów spotykam w kuchni: rzeczoną Agę - kierowniczkę całego zmieszania, mieszkającą w Bacówce na stałe; Mewę - poznaną już w październiku zeszłego roku rezolutną Panią Z Okienka; Dom – sympatyczną krótkowłosą dziewczynę; Mateusza – wąsatego jegomościa o pozytywnym usposobieniu; Michała – brodatego dryblasa z marynistycznym rękawem oraz Agatę – innego świeżaka szukającego pracy w schronisku. Stara załoga nawet mnie kojarzy z ostatniej wizyty, a i Oleczek zachował się w pamięci jako ten „przystojniak” (żeby nie było, sam się tak tytułował). Zrzucam rzeczy w korytarzu i zaczynam poznawanie tego starego-nowego miejsca. Centrum dowodzenia i serce bacówki to kuchnia – tutaj obsługuje się turystę, ustala działania, oraz oczywiście przyrządza wszelakie dobra napełniające kałduny. Niżej, na parterze budynku, znajdują się różnego rodzaju magazyny, chłodnie, składy, kotłownie, drewutnie i rupieciarnie. Dużo rupieciarni. W sumie to każde pomieszczenie staje się tu naturalnie rupieciarnią. Ale dla niepoznaki każda z nich ma nazwę własną – zapisaną na drzwiach, albo i nie. Pierwsze dni wymagają więc intensywnej nauki co jest czym i gdzie jest położone i co właściwie się tam znajduje -  bo nazwy typu „hydro”, „blaszak”, „klubik” czy „gabinet” niewiele powiedzą biednemu świeżakowi.

Po krótkim zapoznaniu się z lokalną architekturą dostaję przydział – zaczynam pracę o 14. Młodzieńczy (khe, ten epitet zaczyna brzmieć w moim wydaniu coraz bardziej ironicznie) entuzjazm każe mi wykazać się gotowością do pracy od zaraz, ale tutaj poważnie szanuje się czas wolny – zbieram więc manatki i... idę do Nieba. Moje ascensio ma jednak mniej duchowy charakter i polega na przejściu po schodach na drugie piętro i dalej drabiną przez klapę w suficie/podłodze na ostatni poziom budynku – na strychu Bacówki rozciąga się dziedzina pracowników tymczasowych i przygodnych. Kominy rozdzielają ją na pokoik z oknem skierowanym na Połoninę Caryńską, centralnie umieszczoną Trumienkę pozbawioną dostępu do światła słonecznego, oraz rzeczone Niebo ukryte za zamykanymi drzwiami i z oknem na stoki Rawki. Włazić muszę na czworaka pod skosem, wyposażenie „pokoju” to podłoga, stary wojskowy materac i wieszak, a poza tym... jest tu wspaniale. Na kominie wymalowano błękitne niebo z obłokami, pod sufitem wisi mały łańcuch ledowych lampek w kształcie jednorożców, zaś niemal całą ścianę frontową zajmuje okno, przez które wlewa się światło, zapachy lasu i dźwięki całego życia w nim buszującego. Nie miałem wcześniej pojęcia o istnieniu tego pomieszczenia, ale czuję się, jakby czekało na mnie od lat.

 Niebo

Wybebeszam wstępnie plecak, rozparcelowuję się po kwaterze i wychodzę na obchód. Bacówce towarzyszy parę budynków i konstrukcji rozrzuconych po okolicy, przestrzeń między nimi zaś wypełniona jest przez mniej więcej wszystko. Od starych drzwi i zbiorników, poprzez hałdy drewnianych belek, aż po ramę od Defendera (bardziej kompletny i nawet jeżdżący pogoprowski Def stacjonuje pod tarasem, służąc jako transport na parking i z powrotem). Obłażę ten malowniczy krajobraz dookoła, wzdycham sobie do gór i wracam do Nieba. Układam się na materacu i postanawiam wykorzystać pozostały mi czas na odespanie nocnych zaległości.

Odsypiam tak skutecznie, że prawie spóźniam się na swoją zmianę – niezły początek (choć jakoś zupełnie mnie to nie dziwi). O 14:00 melduję się w kuchni gotów wykazać się swoim entuzjazmem, zaradnością i... czekam jeszcze z pół godziny, aż Mateusz ogarnie coś w swoim komputrze. Majówka jeszcze się nie zaczęła, toteż ludzi wciąż niewiele i na kuchni względny spokój – można więc wykorzystać ten czas na Bardzo Ważne Zadanie jakim jest udeptywanie kontenerów ze śmieciami. Otwieramy włazy i nurkujemy, skacząc i depcząc po worach w celu optymalnej dystrybucji odpadów w przestrzeni odkładczej, nie zastanawiając się dla własnego dobra nad ich zawartością oraz potencjałem zapachowym. Jakby ktoś (jak np. ja) uważał pracę w schronisku za coś szalenie romantycznego, to w tym momencie mógł to zweryfikować. Po tym krótkim i jakże ciekawym zadaniu, zaczynamy ogarniać teren wokół Bacówki. Zeszłoroczny remont dachu pozostawił okolicę w jeszcze większym rozgardiaszu i w końcu przyszła pora na zagrabienie gruzu oraz śmiecia zalegającego dokoła. Grabie w dłoń i taczki w ruch – prosta, fizyczna praca. Chciałoby się rzec: „it ain’t much, but it’s honest work”. Po względnym odgruzowaniu terenu, zaczynam nawozić go humusem, co by pobudzić jakąś wegetację i zazielenić to smutne, gliniaste klepisko. Źródłem murszu są stare oborniki, zasilane bioodpadami z kuchni – co jakiś czas zmienia się miejsce wysypywania „urobku”, a po kilku latach można już wydobywać żyzną próchnicę. Bardzo uwapnioną, bo chyba połowa jej objętości to skorupki jajek z niezliczonych jajecznic, żurków i naleśników. Ładuję, wożę i rozprowadzam -  a wszystko to w cudownym otoczeniu i z widokiem na góry wszędzie dookoła. Ptaszki śpiewają. Sielanka.
W międzyczasie spożywam obiad z bacówkowych specjałów (żurek i pierogi), a o 18 słyszę subtelny okrzyk „RADEEEEEEEEK!!!” z tarasu i kończę radosne nawożenie, aby zająć się poważnym bacówkowym tematem – sprzątaniem kibli. Mewa zabiera mnie w głąb umywalni i instruuje po kolei, w jaki sposób i z użyciem jakich magicznych środków przywraca się sanitariaty do standardu godnego istoty ludzkiej. Zgodnie ze starą hotelową zasadą – one szmata to clean them all. Szorujemy więc, odkażamy i pucujemy wszystkie powierzchnie płaskie i ceramiczne tak, aby wyrobić się ze wszystkim do 19, o której tu puści się ciepłą wodę do rur, a turystów do pryszniców. Sprzątanie obejmuje również czyszczenie szeregu kuwet, które to służą lokalnemu hufcowi kotów – jest tu mniej więcej siedem tych futrzaków – a jeśli żwirek nie będzie odpowiedniej czystości, nawalą na podłogę obok. Wspaniałe stworzenia.

Po zeszmaceniu wszystkiego co się dało otwieramy łazienki i wracamy do kuchni. Tam pomagam przy rozładunku dostawy zapasów, poznaję bacę Michała i razem z Dom doprowadzamy kuchnię do porządku, gawędząc jak i dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu – tak mija mi czas do 22, kiedy oficjalnie kończy się dzień pracy w Bacówce pod Małą Rawką. Nie powiem, jest intensywnie – choć pracowałem tylko pół dnia i to przed rozpoczęciem się szczytu turystycznego. Myję się w prawie-    ciepłej wodzie w naszej pracowniczej łazience i wdrapuję do swojej ciasnej acz uroczej kwatery. Przez otwarte okno słychać pohukującą w głębi lasu sowę, a ja leżę sobie na wypierdzianym materacu i nie mogę się przestać zachwycać, gdzie jestem i co robię. Niemal z trudem przychodzi mi uwierzenie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Korzystam z resztek sił, aby spisać pokrótce wspomnienia z tego dnia (które staną się bazą dla tego wpisu), po czym gaszę światło. Noc wlewa się do Nieba i otula mnie szczelnie. 

Jest bardzo ciemno,
Jest bardzo cicho.
Jest bardzo jak trzeba.

Zasypiam znajdując się dokładnie tam, gdzie powinienem być.
W Niebie.

____________________________________________________________________________________

*okazuje się, że według państwowych kryteriów, żadna z bacówek w Bieszczadach i generalnie większość schronisk górskich w Polsce nie mają formalnego prawa nazywać się "schroniskami".

poniedziałek, 8 maja 2023

Restart

Budzę się.

Jestem już daleko od domu. Nocny autokar sunie przez jeszcze uśpiony świat, osnuty poranną mgłą i delikatnym szronem. Wkrótce wysiadam na skromnym dworcu pamiętającym czasy PRL-u. Małe miasteczko, małe biznesy poupychane w przydworcowych budach, mały świat toczący się nieśpiesznym tempem. Jest zwykły, roboczy dzień, piątek. Pod odrapanym zadaszeniem peronu pojawiają się zaspani uczniowie oraz szarzy dorośli ludzie, aby dać się zawieźć ku swoim codziennym obowiązkom. Między nimi ja, czekający na ostatni etap swojej podróży. Ukryty w pobliskim świerku kos rozgłasza wszem i wobec swoją miłosną pieśń – w końcu zaraz maj, natura wchodzi na coraz wyższe obroty.

Na plac wtacza się autobus lokalnego PKSu – w pierwszym rzędzie siedzeń półprzytomny pijaczek, za nim przekrój całego okolicznego społeczeństwa. Ruszamy. Grzania nie ma, więc rześki poranek wlewający się przez wszystkie szpary do środka pojazdu przypomina, że tutaj wiosna nie jest jednak taka prędka. Za oknem przesuwają się domy, posesje, pojazdy - bardziej i mniej dumne dorobki czyichś żyć. Okolica staje się coraz bardziej pofalowana, wkrótce pojawiają się znane mi już miejscowości – tu łapałem stopa, tam spałem, w tym miejscu schodziłem ze szlaku. Sporo historii zapisanej po drodze, sporo historii odtwarzanej we mnie samym. Gorzkie refleksje, nękające żale, powracające wątpliwości – co ja w ogóle tu robię? Czy to się uda? Czy to ma sens?

Po jakimś czasie jestem ostatnią osobą na pokładzie. Kierowca dopytuje, czy wysiadam szybciej? Nie, jadę do samego końca. Tak daleko jak się da. Autobus zawija na przystanek, drzwi otwierają się opornie, robię krok. Wciągam powietrze głęboko, patrzę na śnieg zalegający pod szczytami i wszystko co wlokłem tu za sobą znika. Jestem tam, gdzie powinienem być. Bieszczady jak zawsze witają mnie otwartymi ramionami swoich dolin – ja witam je szerokim, szczerym uśmiechem.

“Tell the wolves I’m home”

 


No to zaczynamy.



niedziela, 31 stycznia 2016

Najwyżej



Middle-east-european mafia

Moje odkrywanie Jutlandii pod pretekstem studiów miało się już ku końcowi – jeszcze tylko kilka egzaminów, spraw do zamknięcia i tyle z tego będzie. Po drodze jednak znalazł się jeszcze jeden wolny łikęd – a jak chciałem go wykorzystać, to chyba jasne. Tym razem jednak udało mi się zgadać ze znajomym Mołdawianinem Andreiem, który słuchając moich opowieści o włóczęgach po duńskich ostępach również zapragnął zasmakować wędrówki. Było jasne, że jak nie teraz, to już nigdy się nie wybierzemy – dlatego ustaliliśmy dzień i godzinę, wynalazłem jakieś miejsca godne odwiedzenia, po czym pewnego sobotniego poranka załadowałem się do andreiowego samochodu i ruszyliśmy w śnieżną dal. 




Zima opanowała Krainę Wikingów. Temperatura spadła poniżej zera, biały puch okrył pola i wzgórza, a pługopiaskarki opuściły swoje leża by rozpocząć gody. Trzeba przyznać, że nawet małe lokalne dróżki były wzorowo odśnieżone. Dzisiaj na pierwszy ogień miał pójść Møllehøj – najwyższy szczyt Danii, odległy od Horsens o zaledwie 20 km [czemu mnie tam jeszcze nie było?]. Co jak co, ale tę górę po prostu należało zdobyć. Po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy na miejsce. Parking, informacja, toalety – pełen wypas. Najpierw wspięliśmy się na monument upamiętniający strażaków [czy jakoś tak] będący jednocześnie wieżą widokową, z którego podziwiać można było szeroką panoramę złożoną głównie z pól i malowniczo porozrzucanych gospodarstw – rzekłbym, klasyczne widoki, jednak w bieli zyskujące nowego uroku. Ok, zdjęcia są, pora zabrać się za szturm na szczyt. Wyposażyliśmy się w mapkę okolicy, wyznaczyliśmy kierunek i ruszyliśmy… by po przejściu 50 metrów w dal i 6 wzwyż znaleźć się na samym szczycie góry. Wzgórza. No, pagórka właściwie, od którego był wyższy nawet dach farmy z nim sąsiadującej. 170 m n.p.m. Nie powiem, byłem przygotowany na umiarkowaną niesamowitość tego miejsca, ale nadal czułem się dziwnie. W każdym razie „dach Danii” został osiągnięty i chwała zdobywców opromieniła nas swym blaskiem [z mocą, powiedzmy, może 5 lumenów]. Podbudowani tym wyczynem przeszliśmy się jeszcze po okolicznych 17-dziesiętnikach znajdując sheltery z miejscem ogniskowym, kilka pastwisk i tajną stację nasłuchową CIA. Pierwszy punkt z dzisiejszego planu dnia zaliczony, można było ruszać dalej.


Tak, ten wzgórek pośrodku to majestatyczny Møllehøj.

Kolejnym etapem, już nieco poważniejszym niż półgodzinny spacer, miała być wędrówka wzdłuż Judsø, jednego z większych i bardziej malowniczych jutlandzkich jezior. Przejechaliśmy kolejne 25 klików mijając po drodze tereny znacznie mocniej „górskie” od okolic Møllehøj i znaleźliśmy się u celu. Problem w tym, że trzeba było zostawić gdzieś samochód, a okoliczne parkingi zostały pazernie obłożone opłatami. No jakże to tak – my, biedni imigranci z Europy środkowo-wschodniej mamy płacić burżuazyjnym skandynawskim wyzyskiwaczom i obszarnikom? Niedoczekanie! Z typowym dla naszych nacji sprytem [objawiającym się głównie kiedy każą płacić] postawiliśmy wóz na trawce metr od krawędzi parkingu licząc na to, że nie trafiliśmy na jeszcze sprytniejszych właścicieli parkingu. W międzyczasie spotkaliśmy grupę myśliwych wybierających się na polowanie – czy ja ich jakoś przyciągam? Co nie wejdę do lasu, to już jakieś nagonki i strzelaniny. W końcu zarzuciliśmy plecaki na ramiona i pobieżelim na szlak. Mapek tym razem nam poskąpiono, więc szliśmy raczej na czuja po [na szczęście] dobrze oznaczonych ścieżkach. Trasę zaczęliśmy od napawania się widokami z najwyższego lokalnego wzgórza. Wieża widokowa przypominająca kościelną dzwonnicę była niestety zamknięta, ale nawet z dołu perspektywy były co najmniej imponujące. Długie polodowcowe jezioro otoczone ciemną puszczą… można było sobie wyobrażać, że te lasy nie kończą się kilometr dalej, tylko ciągną, hen, w dziką Skandynawię… Ponapawaliśmy się i zaczęliśmy schodzić w dół, do brzegu. Po drodze Andrei zwrócił uwagę na ciekawą rzecz, kiedy mijaliśmy dwie damy zażywające spaceru po okolicy. Otóż panie te nawet nie obejrzały się, słysząc że ktoś je dogania – może to brzmi jak paranoja, ale w odludnych okolicach bardziej normalna dla nas wydaje się pewna podejrzliwość wobec napotkanych ludzi i po prostu kontrolowanie otoczenia. Choćby obejrzenie się do tyłu. Ot, duńskie zaufanie społeczne.

Zdjęcie idealnie oddające, jak powinna wyglądać wg mnie Skandynawia. Dzika i posępna.


Tafla wody była pokryta cienką warstwą lodu – nie dało się po nim połazić, ale przynajmniej ładnie wyglądało. Ścieżka wiodła wzdłuż krawędzi zamarzniętej wody przez ciche bukowe lasy. Co jakiś czas trafialiśmy na pojedyncze domki i opustoszałe ośrodki wypoczynkowe. Ciekawym punktem po drodze była farma jeleni, przez którą można było sobie przejść w towarzystwie stada niewielkich, puchatych zwierzaków i ich ujmującego zapachu. Niedługo później znaleźliśmy miejsce ogniskowe i zorganizowaliśmy popas.




Nazbieraliśmy nieco drewna, nauczyłem Andreia z czego i jak rozpalić ognisko, po czym – kiedy wyjęliśmy już zapasy – popadłem w zachwyt i niedowierzanie. Otóż wśród dóbr wyjętych z plecaka mojego kompana znalazła się najprawdziwsza slenina. Czyli to samo, co ukraińskie sało! Gruby kawał słoniny obtoczony w solance, smak który śni mi się po nocach od czasów obozów, a natknąłem się na niego przez przypadek w odległej, cywilizowanej Danii. Damn! Po wtrząchnięciu opieczonych kiełbas rozgarnęliśmy ognisko i ruszyliśmy w drogę powrotną. Mijaliśmy jeziorka, górki, pastwiska i inne urokliwe zakątki opromieniane słońcem zmierzającym nieuchronnie ku horyzontowi. Było tam więcej wspinania niż podczas „zdobywania” Møllehøj, więc nawet się cieszyłem. Kiedy zmierzch zaczął otulać ziemię doturlaliśmy się do samochodu, który szczęśliwie nie został odholowany lub upiększony mandatem. Pozostało już tylko wrócić.




Nie przeleźliśmy jakiegoś wyczynowego dystansu, ale byłem ogólnie zadowolony. Nie wiem czy zasiałem w Andreiu ducha włóczęgi, ale chłopak również wyrażał satysfakcję z wypadu. Było fajnie, nie powiem – dobrze było być dowiezionym na miejsce, pogadać z kimś i zjeść nieco sała. Jednak czy to kwestia przyzwyczajenia, czy też rozkręconych w Skandynawii wrodzonych preferencji – brakowało mi nieco samotnej wędrówki. Przygód podczas łapania stopa, cichego gapienia się na posępne pejzaże, spania przy ogniu pod gwiazdami. Wilczych włóczęg.