To będzie opowieści o wyprawie, którą nazywać mogę
najintensywniejszą i najbardziej niesamowitą ze swoich dotychczasowych włóczęg
po Ziemi Wikingów. Wprawdzie nie trwała ona najdłużej, ani nie dotarłem na niej
najdalej, ale cała była po prostu taka… przeżyta bardziej. Na najbliższy czas
będę musiał odpuścić nieco z takimi eskapadami, więc wpasowała się idealnie
jako ukoronowanie sezonu wędrówek wilczymi szlakami. Posłuchajcie zatem…
Tydzień, aż do piątkowej nocy był dosyć intensywny, więc
decyzję czy i gdzie właściwie chcę się wybrać podjąłem późno - zapasy i sprzęt przygotowane
były zawczasu, mogłem więc sobie pozwolić na taką spontaniczność. Postanowiłem
wybrać się w kolejne miejsce polecane mi przez moją mentorkę Anne – Bulbjerg.
Według internetów jest to jakaś skała na północno-zachodnim wybrzeżu Jutlandii.
Ładnie [ponoć] jest, nocleg w lesie jest, jedziemy. Cóż, zaczęło się raczej
mało szałowym dwugodzinnym zaspaniem. Daaamn. Trzeba było nie iść na imprezę
[jakkolwiek epizodyczne to wyjście by nie było]. A potem nie instalować Ofisa
na komputerze o drugiej w nocy. No dobra, 8 to jeszcze nie tragedia.
Pozbierałem bambetle, zjadłem i ruszy… no właśnie. Po krótkiej chwili
uświadomiłem sobie, co jest nie tak [oprócz braku tabliczki i mazaków].
Jeśli zaczynasz podróż
kiedy mrok nadal okrywa ziemię, a miasto wciąż pogrążone jest we mgle
kiedy jedynym dźwiękiem jest krzyk mew, a ruchem - kilka snujących się cieni
kiedy świat trwa nierozpoczęty w nierzeczywistości przedświtu
- wtedy wyruszasz na wyprawę.
Jeśli zaczynasz podróż
kiedy mrok nadal okrywa ziemię, a miasto wciąż pogrążone jest we mgle
kiedy jedynym dźwiękiem jest krzyk mew, a ruchem - kilka snujących się cieni
kiedy świat trwa nierozpoczęty w nierzeczywistości przedświtu
- wtedy wyruszasz na wyprawę.
A o 9 rano są już ludzie, studenci i samochody. Horsens
wygląda tak samo, jak każdego dnia w drodze na uczelnię. Po prostu otworzyłem
drzwi i poszedłem. Niby szczegół, ale odczucia zupełnie inne zaś te dwie
godziny w plecy miały mnie prześladować jeszcze przez dłuższy czas. Niemniej,
dzień zapowiadał w miarę pogodnie, a wizja Nieznanego okraszała myśli nutą
ekscytacji. Hej przygodo.
Po dotarciu do swojej kultowej już zatoczki, przyznam, nie
chciało mi się dalej iść. Przeprowadzone badania wskazywały jednoznacznie, że
bardziej opłaca się iść od razu na autostradę, toteż pomachałem tak dla zasady i
polazłem dalej. Z nieboskłonu odzywały się gęsi odlatujące teoretycznie na
Południe [bo poruszały się na Wschód], jesień niepodzielnie panowała już nad tą
krainą. Na zjeździe nie zdążyłem nawet rozgrzać dobrze kciuka, kiedy zatrzymał
się przy mnie jakiś bus, który powiózł mnie do Arhus. Niby fajnie, ale
praktycznie natychmiastowa podwózka po uprzednim zaspaniu kojarzyła mi się z
utknięciem w Aalborgu – tak, mam skłonność do wymyślania „praw autostopowych”,
z których część się nawet sprawdza*. Analogia sytuacji postępowała, gdyż
wysadzony zostałem w totalnie beznadziejnym miejscu – nie żeby kierowca się nie
starał mi pomóc, po prostu nie bardzo wiedział jak. Z węzła drogowego Aarhus N
[N jak „nord”, czyli najbardziej na północ od miasta. Pozostałe oznaczane są S
– „syd”, V – „vest”, Ø – „øst” i C – „central”] do Horsens np. łapie się
elegancko, ale w przeciwnym kierunku już gorzej. Po 15 minutach spędzonych na
sterczeniu przy niemal pustej drodze i wściekaniu się na niedokręcony wkład
hydracyjny i mokre plecy, zmieniłem taktykę. Do samego Aarhus jeździło już
więcej pojazdów, a pamiętałem z wypadu do Skagen, że bliżej miasta był jakiś
dobry punkt. Nie nastałem się długo, kiedy zabrał mnie niepozorny Renault.
Jakiś sympatyczny facet, prosta gadka, gdy nagle ten oświadcza mi, że jadę…
samochodem elektrycznym. Auto jak auto, tylko trochę cichsze - nic wielkiego,
ale to był mój pierwszy raz godny odnotowania w autostopowych kronikach.
Był to jednak dopiero początek nowości. Podwieziony kilka
kilometrów do znajomej już zatoczki rozpocząłem kolejny rytuał zaklinania
kierowców. Stoję, macham, ktoś tam kręci się na przystanku, gdy nagle oglądam
się za siebie i widzę – uwaga – pierwszego duńskiego autostopowicza! Huh, nie
wiedziałem, czy w ogóle tacy tu istnieją. Lecz jakkolwiek odkrywcze by to
przeżycie nie było, koleś właził mi w paradę. Noo, jak na pierwszego przedstawiciela
swojego gatunku nie zrobił dobrego wrażenia [choć przyznam, że nie wiem, czy na
jego miejscu czekałbym grzecznie w kolejce]. Nieukontentowany tym towarzystwem
i chłodem zakradającym się pod ubranie czekałem. Raz ktoś zwolnił, krzyknął coś
przez okno do mojego rywala, i pojechał dalej. Kolejny samochód już się
zatrzymał [i to przy nim!], ale jechał na południe. W końcu zabrał nas obu
swoim małym samochodzikiem jakiś młody człowiek. Nieco dziwnie się czułem,
kiedy obydwoje Duńczycy szprechali sobie w swojej wesołej mowie, a ja
siedziałem jak ten kiep. W sumie to nigdy nie jechałem z innym autostopowiczem,
więc ogólnie ciekawa sytuacja. Wkrótce rozdzieliliśmy się – on wysiadł na
jakimś MOP-ie [kiedyś będę musiał spróbować połapać w takim miejscu], a ja na
zjeździe z Randers.
Ten postój też dostarczył mi z nowych wrażeń. Raz banda
chłystków [nie pamiętam marki wozu, ale zapewne było to BMW] zamarkowała manewr
zjazdu na pobocze, co by z moich nadziei i autostopowych ideałów zakpić. Innym
razem w przejeżdżającym samochodzie otworzyło się okno i zobaczyłem twarz
dzieciaka z miną tak perfidnie „ja sobie wygodnie jadę, a ty łachmyto stercz na
zimnie”, że bachor z pewnością wygrałby casting na rolę Jofrreya Baratheona.
Kolejnym przypadkiem był pogodny potomek bisurmanów, który zatrzymał się,
krzyknął coś zaczynającego się od „mister” i zaczął poprawiać krzaki na
przyczepce*** - jechał jednak tylko kilka kilometrów dalej, a nie chciałem
utknąć znowu na jakimś zjeździe donikąd. Tendencja była wzrostowa, bo po jakimś
czasie stanął przy mnie pojazd wypełniony już trzema jegomościami o śniadych
licach. Powiedzieli coś o Viborgu… ale właśnie skręcili z drogi prowadzącej w
tamtym kierunku. Hem, jednak odmówiłem, jakoś nie zyskali mego zaufania. W tak zwanym międzyczasie na początku zjazdu pojawiła się dwójka nieletnich w wieku gimnazjalnym. Z tabliczką... No, widać dzisiaj tubylcy konekwentnie postanowili utrudnić mi łapanie okazji. Problemu jednak nie było, bo dzieciaki były raczej mało ogarnięte - łaziły wte i we wte, a kartonem machali na wszystkie strony. W
końcu zatrzymała się trzyosobowa rodzinka zmierzająca do Frederikshavn – jakbym
jechał do Skagen byłoby idealnie, ale podwózka w okolice Hobro [to koło
Mariagerfjordu] też mię urządzała. Na dworze ciepło nie było, więc radość z
każdego złapania okazji była podwójna. Czułem się nieco jak w grze komputerowej
[śnieżna misja w Bad Company 2], w której „realizm” wychłodzenia symulowano
koniecznością ładowania się ciepłem przy ogniskach. Ja ładowałem się w
ogrzewanych samochodach, by potem walczyć o przetrwanie pod gołym niebem.
Znajomy zjazd Hobro N przywitał mnie szpalerem wiatraków.
Tutaj miałem opuścić autostradę i rozpocząć podróż lokalnymi drogami, co wciąż
nie było dobrze zbadane w duńskich warunkach. Już po paru minutach musiałem
patrzeć w smutne twarze młodej pary, która nie jechała w moim kierunku. Czując
narastające trudności komunikacyjne [spróbuj wypowiedzieć poprawnie
„Fjerritslev”] zapisałem nazwy miast po drodze na kartce – i nawet działało.
Musiałem poczekać może z pół godziny, kiedy zabrany zostałem przez kolejną
niespodziewaną nowość w katalogu pojazdów mnie wożących – podnośnik. Po drodze mijałem
jakieś wioseczki, charakterystyczne duńskie kościoły, znaczy znalazłem się w
końcu w countrysidzie [przepraszam za takie zapożyczenia, ale brak mi w polskim
słowniku słowa na to], całkiem przyjemnym zresztą. Po kilkunastu kilometrach
miałem już możliwość nieograniczonej kontemplacji uroków okolicy w towarzystwie
poniewierających się przy drodze walców drogowych. No to miałem swoje lokalne
drogi – ruch, rzekłbym, symboliczny... Cóż, Anne mnie ostrzegała, że może być
ciężko. Mimo obaw okres oczekiwania wyniósł standardowe pół godziny. Kolejny
krótki skok i wysiadka w jakimś lasku. Przeszedłem kilometr czy dwa w stronę
parkingu, zaczałem łapać, zauważyłem
brak bluzy przytroczonej wcześniej do plecaka, wróciłem się do punktu wyjścia
[po drodze zupełnie spontanicznie otrzymałem propozycję podwózki, szkoda że z
powrotem do Hobro], znalazłem zgubę, złapałem stopa.
Tu zaczął się etap najbogatszy merytorycznie. Tym razem
miałem możliwość usłyszenia niepowtarzalnego, hybrydowego języka Dunglish.
Znaczy słowa niby angielskie, ale wymowa ściśle wikińska, mój współlokator
używa łagodnej odmiany tego narzecza. Z pewnym trudem rozeznawałem, co ten
człek do mnie gadał [a był rozmowny], ale jakoś tam się porozumiewaliśmy.
Dowiedziałem się, że w mijanym białym domu mieszka samotnie stara kobieta.
Zapewniam, że była do tego dołożona jakaś ciekawsza i wstrząsająca historia,
jeno nie bardzo ją pojąłem. Na wspomnienie o Horsens dowiedziałem się, że w
latach funkcjonowania więzienia popularną praktyką było osiedlanie się tam
rodzin osadzonych - mogę rzec, że mieszkam w mieście o kryminalnych korzeniach,
hue. Facet wspomniał przy okazji, że mieszkał tam przez kilkanaście lat i
zabawnie skojarzyło mi się to z informacją o więzieniu… W takim klimacie
dotarłem do mostu przed Aggersund.
Kilkunastominutowy postój, krótki skok za miasto, chwila
machania i oto jechałem już dziewiątą okazją w tym dniu - licznik bił jak
szalony. Powiozła mnie pani doktór pracująca w szpitalu, wracająca z treningu
boksu. Przyznam, nie wyglądała na mistrza wagi ciężkiej, ale chwała jej za
aktywność fizyczną mimo szacownego wieku. Podzieliła się ze mną mądrością
wyniesioną z podróży do naszego kraju przed laty – zasłyszała ją od gospodyni
leśnego zajazdu, w którym przyszło jej spędzić wizytę. Pamiętajcie: zupy
grzybowej nie należy okraszać śmietaną, bo smak potrawie przyrodzony
przytłoczy, wniwecz cały trud obracając. Jeno kapkę masła dodać, by wydobyć
pełnię aromatu i smaku [szpetne powtórzenie, ale czy mamy właściwie dla tego
słowa jakieś adekwatne synonimy?] wydobyć. W ramach wspomnień dotyczących
Polski i Polaków dowiedziałem się również, że po wojnie brakowało tu rąk do
kopania kartofli. Na popyt ten odpowiedziała podaż naszych krajanów, którzy
licznie przybyli do Krainy Wikingów i – jak to określiła pani doktór – byli
„good workforce”. To chyba dobrze. Kiedy dzieliłem się swoimi pozytywnymi
doświadczeniami z tubylcami usłyszałem, że nie wszyscy są tu tacy mili. Niby
oczywista sprawa i znałem już takie opinie od innych imigrantów, ale te słowa z
ust rodowitej Dunki skłaniały do zastanowienia. Może to kwestia tego, że
zadawałem się głównie z tymi ludźmi, którzy już na starcie mieli tyle dobrych
chęci by zatrzymać się na mój widok. Inaczej też pewnie podchodzą do
turysty-studenta niż do osoby tu pracującej. Na pewno kładą silny nacisk na asymilację
„finansową” – jeśli już przyjeżdżasz do naszego kraju, zakładasz tu rodzinę i
wysyłasz dzieci do szkoły, korzystasz ma co dzień z dobrobytu opłaconego przez
nas wysokimi-jak-skurczybyk podatkami – płać jak i my. Ale jako kolejny przykład duńskiego
miłosierdzia mogę podać fakt, że białogłowa ta specjalnie nadłożyła dla mnie
trasy. Miło. Przy okazji pokazała mi dom swojej najlepszej przyjaciółki znanej
od podstawówki - cisnęło mi się na usta, że fajnie jest, kiedy więź utrzymuje
się przez tak wiele lat [Taktowny Radek w natarciu]. Na takich to rozmowach
zeszła nam trasa i ok 16 stanąłem na początku drogi wiodącej bezpośrednio do
Bulbjergu.
No to jestem… 5 km od celu. Cholera, nie pomyślałem, że to
przecież nie leży koło krajowej szosy. Słońce chyliło się ku zachodowi,
szykowało się dobre światło do zdjęć, ale nie sądziłem, że utrzyma się jeszcze
przez godzinę. Maszerowałem żwawo cichą, leśną drogą. Lekko zaskoczyła mnie jej
asfaltowa nawierzchnia i kursujące niekiedy samochody – chyba spodziewałem się
naiwnie totalnej dziczy. Bardziej dla zasady wyciągnąłem rękę na jeden z
przejeżdżających wozów i ku memu zdziwieniu złapałem okazję na ostatnie 3
kilometry. 10 stopów jednego dnia na dystansie 180 km – życiowy rekord. Podczas
jazdy oczom mym zaczął się ukazywać zielonoksiężycowy krajobraz znany ze
Skagen, po chwili teren się podniósł i uświadomiłem sobie, że wjeżdżamy na
masyw Bulbjergu. Podziękowałem, wysiadłem i…
…
..
.
łał.
..
.
łał.
Nie miałem serca by katować Was siedmioma stronami tekstu naraz, czyli ciąg dalszy nastąpi.
___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________________________________
*Kiedy jedzie Audi, BMW lub Mercedes** nie ma co nawet
ręki wyciągać, widać od pewnego pułapu cenowego nie zabiera się ludzi [bądź
Radków] - tak dla zasady.
**Chyba że to pojazd jadący na szrot bez tylnej kanapy bądź
25-letnia furgonetka z węglem, tru story.
*** Duńczycy tłumnie korzystają z przyczepek i z dziką
namiętnością wożą na nich ścięte krzaki. Serio, nie mają prawa ich spalić czy
rozdysponować w inny sposób jak wywiezienie chaszczy na oficjalne wysypisko
gdzieś poza miastem.
___________________________________________________________________________________
-OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIE-
A jeśli chcecie odpocząć od smętnych duńskich krajbrazów i przygód rodzaju "rozpaliłem ognisko", zapraszam na niedawno odkryty blog Bartka z Czarnego Lądu. Facet robi coś bardziej pożytecznego od studiowania i przy okazji sprzedaje świetne klimaty z naprawdę odległych i dzikich krain.
Polecam - Rip.
___________________________________________________________________________________
-OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIE-
A jeśli chcecie odpocząć od smętnych duńskich krajbrazów i przygód rodzaju "rozpaliłem ognisko", zapraszam na niedawno odkryty blog Bartka z Czarnego Lądu. Facet robi coś bardziej pożytecznego od studiowania i przy okazji sprzedaje świetne klimaty z naprawdę odległych i dzikich krain.
Polecam - Rip.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz