piątek, 13 listopada 2015

There...

To będzie opowieści o wyprawie, którą nazywać mogę najintensywniejszą i najbardziej niesamowitą ze swoich dotychczasowych włóczęg po Ziemi Wikingów. Wprawdzie nie trwała ona najdłużej, ani nie dotarłem na niej najdalej, ale cała była po prostu taka… przeżyta bardziej. Na najbliższy czas będę musiał odpuścić nieco z takimi eskapadami, więc wpasowała się idealnie jako ukoronowanie sezonu wędrówek wilczymi szlakami. Posłuchajcie zatem…


Tydzień, aż do piątkowej nocy był dosyć intensywny, więc decyzję czy i gdzie właściwie chcę się wybrać podjąłem późno - zapasy i sprzęt przygotowane były zawczasu, mogłem więc sobie pozwolić na taką spontaniczność. Postanowiłem wybrać się w kolejne miejsce polecane mi przez moją mentorkę Anne – Bulbjerg. Według internetów jest to jakaś skała na północno-zachodnim wybrzeżu Jutlandii. Ładnie [ponoć] jest, nocleg w lesie jest, jedziemy. Cóż, zaczęło się raczej mało szałowym dwugodzinnym zaspaniem. Daaamn. Trzeba było nie iść na imprezę [jakkolwiek epizodyczne to wyjście by nie było]. A potem nie instalować Ofisa na komputerze o drugiej w nocy. No dobra, 8 to jeszcze nie tragedia. Pozbierałem bambetle, zjadłem i ruszy… no właśnie. Po krótkiej chwili uświadomiłem sobie, co jest nie tak [oprócz braku tabliczki i mazaków].
Jeśli zaczynasz podróż
kiedy mrok nadal okrywa ziemię, a miasto wciąż pogrążone jest we mgle
kiedy jedynym dźwiękiem jest krzyk mew, a ruchem - kilka snujących się cieni
kiedy świat trwa nierozpoczęty w nierzeczywistości przedświtu
- wtedy wyruszasz na wyprawę.
A o 9 rano są już ludzie, studenci i samochody. Horsens wygląda tak samo, jak każdego dnia w drodze na uczelnię. Po prostu otworzyłem drzwi i poszedłem. Niby szczegół, ale odczucia zupełnie inne zaś te dwie godziny w plecy miały mnie prześladować jeszcze przez dłuższy czas. Niemniej, dzień zapowiadał w miarę pogodnie, a wizja Nieznanego okraszała myśli nutą ekscytacji. Hej przygodo. 


Po dotarciu do swojej kultowej już zatoczki, przyznam, nie chciało mi się dalej iść. Przeprowadzone badania wskazywały jednoznacznie, że bardziej opłaca się iść od razu na autostradę, toteż pomachałem tak dla zasady i polazłem dalej. Z nieboskłonu odzywały się gęsi odlatujące teoretycznie na Południe [bo poruszały się na Wschód], jesień niepodzielnie panowała już nad tą krainą. Na zjeździe nie zdążyłem nawet rozgrzać dobrze kciuka, kiedy zatrzymał się przy mnie jakiś bus, który powiózł mnie do Arhus. Niby fajnie, ale praktycznie natychmiastowa podwózka po uprzednim zaspaniu kojarzyła mi się z utknięciem w Aalborgu – tak, mam skłonność do wymyślania „praw autostopowych”, z których część się nawet sprawdza*. Analogia sytuacji postępowała, gdyż wysadzony zostałem w totalnie beznadziejnym miejscu – nie żeby kierowca się nie starał mi pomóc, po prostu nie bardzo wiedział jak. Z węzła drogowego Aarhus N [N jak „nord”, czyli najbardziej na północ od miasta. Pozostałe oznaczane są S – „syd”, V – „vest”, Ø – „øst” i C – „central”] do Horsens np. łapie się elegancko, ale w przeciwnym kierunku już gorzej. Po 15 minutach spędzonych na sterczeniu przy niemal pustej drodze i wściekaniu się na niedokręcony wkład hydracyjny i mokre plecy, zmieniłem taktykę. Do samego Aarhus jeździło już więcej pojazdów, a pamiętałem z wypadu do Skagen, że bliżej miasta był jakiś dobry punkt. Nie nastałem się długo, kiedy zabrał mnie niepozorny Renault. Jakiś sympatyczny facet, prosta gadka, gdy nagle ten oświadcza mi, że jadę… samochodem elektrycznym. Auto jak auto, tylko trochę cichsze - nic wielkiego, ale to był mój pierwszy raz godny odnotowania w autostopowych kronikach.


Był to jednak dopiero początek nowości. Podwieziony kilka kilometrów do znajomej już zatoczki rozpocząłem kolejny rytuał zaklinania kierowców. Stoję, macham, ktoś tam kręci się na przystanku, gdy nagle oglądam się za siebie i widzę – uwaga – pierwszego duńskiego autostopowicza! Huh, nie wiedziałem, czy w ogóle tacy tu istnieją. Lecz jakkolwiek odkrywcze by to przeżycie nie było, koleś właził mi w paradę. Noo, jak na pierwszego przedstawiciela swojego gatunku nie zrobił dobrego wrażenia [choć przyznam, że nie wiem, czy na jego miejscu czekałbym grzecznie w kolejce]. Nieukontentowany tym towarzystwem i chłodem zakradającym się pod ubranie czekałem. Raz ktoś zwolnił, krzyknął coś przez okno do mojego rywala, i pojechał dalej. Kolejny samochód już się zatrzymał [i to przy nim!], ale jechał na południe. W końcu zabrał nas obu swoim małym samochodzikiem jakiś młody człowiek. Nieco dziwnie się czułem, kiedy obydwoje Duńczycy szprechali sobie w swojej wesołej mowie, a ja siedziałem jak ten kiep. W sumie to nigdy nie jechałem z innym autostopowiczem, więc ogólnie ciekawa sytuacja. Wkrótce rozdzieliliśmy się – on wysiadł na jakimś MOP-ie [kiedyś będę musiał spróbować połapać w takim miejscu], a ja na zjeździe z Randers.

Ten postój też dostarczył mi z nowych wrażeń. Raz banda chłystków [nie pamiętam marki wozu, ale zapewne było to BMW] zamarkowała manewr zjazdu na pobocze, co by z moich nadziei i autostopowych ideałów zakpić. Innym razem w przejeżdżającym samochodzie otworzyło się okno i zobaczyłem twarz dzieciaka z miną tak perfidnie „ja sobie wygodnie jadę, a ty łachmyto stercz na zimnie”, że bachor z pewnością wygrałby casting na rolę Jofrreya Baratheona. Kolejnym przypadkiem był pogodny potomek bisurmanów, który zatrzymał się, krzyknął coś zaczynającego się od „mister” i zaczął poprawiać krzaki na przyczepce*** - jechał jednak tylko kilka kilometrów dalej, a nie chciałem utknąć znowu na jakimś zjeździe donikąd. Tendencja była wzrostowa, bo po jakimś czasie stanął przy mnie pojazd wypełniony już trzema jegomościami o śniadych licach. Powiedzieli coś o Viborgu… ale właśnie skręcili z drogi prowadzącej w tamtym kierunku. Hem, jednak odmówiłem, jakoś nie zyskali mego zaufania. W tak zwanym międzyczasie na początku zjazdu pojawiła się dwójka nieletnich w wieku gimnazjalnym. Z tabliczką... No, widać dzisiaj tubylcy konekwentnie postanowili utrudnić mi łapanie okazji. Problemu jednak nie było, bo dzieciaki były raczej mało ogarnięte - łaziły wte i we wte, a kartonem machali na wszystkie strony. W końcu zatrzymała się trzyosobowa rodzinka zmierzająca do Frederikshavn – jakbym jechał do Skagen byłoby idealnie, ale podwózka w okolice Hobro [to koło Mariagerfjordu] też mię urządzała. Na dworze ciepło nie było, więc radość z każdego złapania okazji była podwójna. Czułem się nieco jak w grze komputerowej [śnieżna misja w Bad Company 2], w której „realizm” wychłodzenia symulowano koniecznością ładowania się ciepłem przy ogniskach. Ja ładowałem się w ogrzewanych samochodach, by potem walczyć o przetrwanie pod gołym niebem. 


Znajomy zjazd Hobro N przywitał mnie szpalerem wiatraków. Tutaj miałem opuścić autostradę i rozpocząć podróż lokalnymi drogami, co wciąż nie było dobrze zbadane w duńskich warunkach. Już po paru minutach musiałem patrzeć w smutne twarze młodej pary, która nie jechała w moim kierunku. Czując narastające trudności komunikacyjne [spróbuj wypowiedzieć poprawnie „Fjerritslev”] zapisałem nazwy miast po drodze na kartce – i nawet działało. Musiałem poczekać może z pół godziny, kiedy zabrany zostałem przez kolejną niespodziewaną nowość w katalogu pojazdów mnie wożących – podnośnik. Po drodze mijałem jakieś wioseczki, charakterystyczne duńskie kościoły, znaczy znalazłem się w końcu w countrysidzie [przepraszam za takie zapożyczenia, ale brak mi w polskim słowniku słowa na to], całkiem przyjemnym zresztą. Po kilkunastu kilometrach miałem już możliwość nieograniczonej kontemplacji uroków okolicy w towarzystwie poniewierających się przy drodze walców drogowych. No to miałem swoje lokalne drogi – ruch, rzekłbym, symboliczny... Cóż, Anne mnie ostrzegała, że może być ciężko. Mimo obaw okres oczekiwania wyniósł standardowe pół godziny. Kolejny krótki skok i wysiadka w jakimś lasku. Przeszedłem kilometr czy dwa w stronę parkingu, zaczałem łapać,  zauważyłem brak bluzy przytroczonej wcześniej do plecaka, wróciłem się do punktu wyjścia [po drodze zupełnie spontanicznie otrzymałem propozycję podwózki, szkoda że z powrotem do Hobro], znalazłem zgubę, złapałem stopa. 


Tu zaczął się etap najbogatszy merytorycznie. Tym razem miałem możliwość usłyszenia niepowtarzalnego, hybrydowego języka Dunglish. Znaczy słowa niby angielskie, ale wymowa ściśle wikińska, mój współlokator używa łagodnej odmiany tego narzecza. Z pewnym trudem rozeznawałem, co ten człek do mnie gadał [a był rozmowny], ale jakoś tam się porozumiewaliśmy. Dowiedziałem się, że w mijanym białym domu mieszka samotnie stara kobieta. Zapewniam, że była do tego dołożona jakaś ciekawsza i wstrząsająca historia, jeno nie bardzo ją pojąłem. Na wspomnienie o Horsens dowiedziałem się, że w latach funkcjonowania więzienia popularną praktyką było osiedlanie się tam rodzin osadzonych - mogę rzec, że mieszkam w mieście o kryminalnych korzeniach, hue. Facet wspomniał przy okazji, że mieszkał tam przez kilkanaście lat i zabawnie skojarzyło mi się to z informacją o więzieniu… W takim klimacie dotarłem do mostu przed Aggersund. 


Kilkunastominutowy postój, krótki skok za miasto, chwila machania i oto jechałem już dziewiątą okazją w tym dniu - licznik bił jak szalony. Powiozła mnie pani doktór pracująca w szpitalu, wracająca z treningu boksu. Przyznam, nie wyglądała na mistrza wagi ciężkiej, ale chwała jej za aktywność fizyczną mimo szacownego wieku. Podzieliła się ze mną mądrością wyniesioną z podróży do naszego kraju przed laty – zasłyszała ją od gospodyni leśnego zajazdu, w którym przyszło jej spędzić wizytę. Pamiętajcie: zupy grzybowej nie należy okraszać śmietaną, bo smak potrawie przyrodzony przytłoczy, wniwecz cały trud obracając. Jeno kapkę masła dodać, by wydobyć pełnię aromatu i smaku [szpetne powtórzenie, ale czy mamy właściwie dla tego słowa jakieś adekwatne synonimy?] wydobyć. W ramach wspomnień dotyczących Polski i Polaków dowiedziałem się również, że po wojnie brakowało tu rąk do kopania kartofli. Na popyt ten odpowiedziała podaż naszych krajanów, którzy licznie przybyli do Krainy Wikingów i – jak to określiła pani doktór – byli „good workforce”. To chyba dobrze. Kiedy dzieliłem się swoimi pozytywnymi doświadczeniami z tubylcami usłyszałem, że nie wszyscy są tu tacy mili. Niby oczywista sprawa i znałem już takie opinie od innych imigrantów, ale te słowa z ust rodowitej Dunki skłaniały do zastanowienia. Może to kwestia tego, że zadawałem się głównie z tymi ludźmi, którzy już na starcie mieli tyle dobrych chęci by zatrzymać się na mój widok. Inaczej też pewnie podchodzą do turysty-studenta niż do osoby tu pracującej. Na pewno kładą silny nacisk na asymilację „finansową” – jeśli już przyjeżdżasz do naszego kraju, zakładasz tu rodzinę i wysyłasz dzieci do szkoły, korzystasz ma co dzień z dobrobytu opłaconego przez nas wysokimi-jak-skurczybyk podatkami – płać jak i my.  Ale jako kolejny przykład duńskiego miłosierdzia mogę podać fakt, że białogłowa ta specjalnie nadłożyła dla mnie trasy. Miło. Przy okazji pokazała mi dom swojej najlepszej przyjaciółki znanej od podstawówki - cisnęło mi się na usta, że fajnie jest, kiedy więź utrzymuje się przez tak wiele lat [Taktowny Radek w natarciu]. Na takich to rozmowach zeszła nam trasa i ok 16 stanąłem na początku drogi wiodącej bezpośrednio do Bulbjergu. 


No to jestem… 5 km od celu. Cholera, nie pomyślałem, że to przecież nie leży koło krajowej szosy. Słońce chyliło się ku zachodowi, szykowało się dobre światło do zdjęć, ale nie sądziłem, że utrzyma się jeszcze przez godzinę. Maszerowałem żwawo cichą, leśną drogą. Lekko zaskoczyła mnie jej asfaltowa nawierzchnia i kursujące niekiedy samochody – chyba spodziewałem się naiwnie totalnej dziczy. Bardziej dla zasady wyciągnąłem rękę na jeden z przejeżdżających wozów i ku memu zdziwieniu złapałem okazję na ostatnie 3 kilometry. 10 stopów jednego dnia na dystansie 180 km – życiowy rekord. Podczas jazdy oczom mym zaczął się ukazywać zielonoksiężycowy krajobraz znany ze Skagen, po chwili teren się podniósł i uświadomiłem sobie, że wjeżdżamy na masyw Bulbjergu. Podziękowałem, wysiadłem i…

..
.
łał.



Nie miałem serca by katować Was siedmioma stronami tekstu naraz, czyli ciąg dalszy nastąpi.
___________________________________________________________________________________
*Kiedy jedzie Audi, BMW lub Mercedes** nie ma co nawet ręki wyciągać, widać od pewnego pułapu cenowego nie zabiera się ludzi [bądź Radków] - tak dla zasady.
**Chyba że to pojazd jadący na szrot bez tylnej kanapy bądź 25-letnia furgonetka z węglem, tru story.
*** Duńczycy tłumnie korzystają z przyczepek i z dziką namiętnością wożą na nich ścięte krzaki. Serio, nie mają prawa ich spalić czy rozdysponować w inny sposób jak wywiezienie chaszczy na oficjalne wysypisko gdzieś poza miastem.

___________________________________________________________________________________
                                                               -OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIE-
A jeśli chcecie odpocząć od smętnych duńskich krajbrazów i przygód rodzaju "rozpaliłem ognisko", zapraszam na niedawno odkryty blog Bartka z Czarnego Lądu. Facet robi coś bardziej pożytecznego od studiowania i przy okazji sprzedaje świetne klimaty z naprawdę odległych i dzikich krain.
Polecam - Rip.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz